piątek, 27 grudnia 2013

No i po świętach!

No i już po świętach! Szkoda! Barszcz, pierogi, kuleczki z mięsa łosiowego, ryby zjedzone. Zostało jeszcze trochę kiełbasek prins, wędlin i śledzie w słoiku. Jutro muszę wykombinować obiad. Moje święta były, że tak powiem, błogie. Śniegu nie było, bo to co było, to stopniało, a w nocy przy minus kilku stopniach zamieniło się w taflę lodowiska. Spod domu prawie nie dało się wyjechac samochodem. Nawet te kolce w oponach na niewiele sie zdały, Natta cofając swoje auto wjechała do rowu, a Paulina na naszym trawniku jeździła na łyżwach. Sami widzicie, co się wyrabia z klimatem. Do tego w noc wigilijną i następną świateczną, lał deszcz. Wigilia była przesympatyczna, ciepła (nie tylko za oknem), smaczna i radosna. "Mikołaj" zostawił po sobie dobre wrażenie. Ja dostałam od Ronnego telewizor do kuchni, a on ode mnie prenumeratę na naszą gazetę lokalną. Wszystkim młodym w naszym domu sprezentowałam miękkie i cieplutkie szlafroki. Gdy się w nie ubrali, to wyglądało na to, że święta zamieniły się w piżamę - party. Paulina sprezentowała nam wszystkim, to o czym marzyłam - wyjście do kina, na premierę filmu "Stulatek, który wyszedł przez okno i zniknął". Także wczoraj wieczorem pojechaliśmy w strugach deszczu do miasta do kina. Było trochę problemów z wydobyciem się samochodami spod domu, ale po kilku probach i kilku pchnięciach ruszyliśmy. Najwazniejsze bylo, by dostać się do głównej drogi, bo tam jest zawsze solone. W mieście okazało się, że znalezienie parkingu blisko kina było niemożliwe. Byliśmy bez parasoli, deszcz lał, w końcu my poszlismy do kina, a Ronny biedak musiał gdzies odstawić samochód. Do kina wszedł cały mokry i nieco wkurzony. Młodzież kupiła coca-colę i wielkie wiadra z popcornem.W kinie wszystkie miejsca były zajęte. Po kinie pojawilismy się w domu około 23-ciej. Zasiedlismy do nocnej wieczerzy, a po kolacji młodzież zaczęła rżnąć w karty. Ja wcinałam orzechy, daktyle, jadłam czekoladki i chodziłam od telewizora do telewizora. Ku mojemu zdziwieniu program świąteczny w obu telewizrorach był według mnie beznadziejny. Wszystkie filmy, które proponowano już widziałam. Drugi dzień świąt spędziłam głównie w sypialni. Nie wiem, co mi było, chodziłam śpiąca, pojawialam sie na posiłkach, usiłowałam nawet obejrzeć cos w mojej telewizji, ale co włączyłam TVN24, to tam nadawali w kółko reportaż o Ameryce. Trzy razy zasadzałam się na wiadomości i co nie włączyłam tego TVN24 o różnych porach dnia, to tam TYLKO trafiałam na tę Amerykę, która akurat w drugi dzień świąt nic, a nic mnie nie obchodziła. Co prawda nie obchodzi mnie ona nawet poza świętami, no ale powtarzanie tego samego reportażu kilka razy na dobę, to chyba przesada i to wcale nie taka mała. Natta i Renee z kolei wstały wczesnie rano i pojechały do miasta na wyprzedaże, bo od "Mikołaja" dostały rownież kasę, ktorą wedle ich mniemania nalezy natychmiast wydać. Paulina i Mikael zostali u nas w domu i czytali. Ona czytała "Władcę pierścieni", a Mikael ksiązkę o budowaniu domów z bali, którą zresztą dostał od Pauliny. Potem wyszedł za dom i zaczął poddawać ręcznej obróbce pień drzewa.   Dzień przed właściwą Wigilią Paulina i Mikael pojechali na "małą" Wigilię do matki Mikaela. Oczekiwali tam na przyjazd brata Micka - Nicklasa. Nicklas przyjechal ze Sztokholmu i własnie lokalnym autobusem był w drodze do domu matki, gdy nagle zadzwonił, że autobus się zepsuł, stoi na trasie i czeka na zmiennika. Mikael powiedział, że pojedzie po niego. Nigdy jednak nie dojechał, bo zachciało mu sie kręcić samochodem po wąskich wsiowych drogach, ktore zamieniły sie w lodowisko i wjechał do rowu, Zadzwonił do Göte (męża swojej matki), by ten sprowadzil jakąś pomoc. Göte pojechał po Nicklasa, bo ten drugi autobus jakoś się nie speszył i w drodze powrotnej razem z Nicklasem podjechał na miejsce "wypadku". Samochodu nie udało się wypchnąc z rowu na drogę, było tak potwornie slisko, że nie można było wbić sie stopami w ziemię. Göte zadzwonił do sąsiada, ktory ma traktor. Po jakiś czasie, bo przeciez ten Mikael nie wjechał do rowu pod samym domem, pojawił się w końcu traktor. Final wyciągania samochodu był taki, że traktor wjechał też do rowu. Zadzwonili zatem do nastepnego gościa z tarktorem. Po jakichs 45 minutach gość nadjechał. Okazal się nim, może jeszcze nie stulatek, ale prawie stulatek. W związku z jego problemami z krzyżem czy z biodrem mężczyzna ten poruszał się na swoich nogach w tempie sto metrów na godzinę. Paulina z tesciową czekały i czekały z obiadem na mężczyzn, w końcu same usiadły do stołu i zjadły, bo głód juz im bardzo dokuczał. Gdy zakończyły biesiadę, to pojawili się wszyscy brakujący przy stole panowie. Göte obiecał sąsiadom, u których też w tym dniu przebywały małe wnuki, udawać Mikołaja. Był jednak tak zmęczony tą akcją wyciągania samochodu i traktora z rowu, że Paulinie zrobiło się go żal i sama przebrała się za tego Mikołaja i poszła z prezentami dla dzieci do sąsiadów. Genderyści byliby zadowoleni, gdyby usłyszeli, że kobieta zamienia się w Mikołaja - faceta jakby nie było. W Święta również, łącznie z Wigilią łączyliśmy sie przez skajpa z rodziną w Polsce. Oczywiście, jeśli technika zawodzi, to robi to w święta czyli zgodnie z prawami Murphiego - jesli cos ma sie nie udać, to się nie uda. Innymi słowy jak się cos może schrzanić, to się na pewno schrzani. No i rzeczywiście tak się stało, a ja zamiast jeść kolację wigilijną, to stałam przy laptopie, by odebrać połączenie na tego skajpa - on dzwonił, wejść się nie dało. Kilka godzin później nastapiło cudowne połączenie, ale bez wizji ze strony rodziny. Wczoraj i dzisiaj rozmowa na skajpie wyglądała z kolei mniej więcej tak:
rodzina: słyszycie nas?
ja: slyszymy
rodzina: co mówicie? bo u nas nic nie słychać! A nas słyszycie?
ja: tak, słyszymy
rodzina: zrób cos z mikrofonem, bo u nas nie slychac! A nas slyszycie?
ja: tak slyszymy, ale nie wiem co i jak mam zrobic z mikrofonem, skoro ja nawet nie wiem, gdzie ten mikrofon jest.
rodzina: co mowisz? Mów głosniej, bo nic nie słychać! A nas słyszycie?!
No i tak żesmy sobie pogadali jeszcze kilkanaście minut. Przełączyłam się z laptopa na iPhone i wyszłam z nim przed dom, by chociaz pokazać im jak Paulina robi piruety na łyżwach na zamarzniętym trawniku.
W końcu zaczęłam pisać, bo na skajpie mozna tez przeslac njusa pisemnie, to mój tata stwierdzil, że nie może przeczytać, bo akurat nie ma okularow, a te literki sa takie małe. Nie wiem jak mozna ocalić zdrowie psychiczne podczas korzystania z cudów techniki. Nastepnym razem przed skajpowaniem będę musiała zażyć coś otępiającego i jak to powiedział Murphy nie wierzyć w cuda, tylko się na nie zdać.
A teraz w ramach relaksu poczytam sobie jakąs książkę, bo spać, to mi się w ogóle nie chce, skoro przespałam prawie cały drugi dzień świąt.
Mam nadzieję, że Wam święta rownież w tym roku dopisały. Całuski:)    

wtorek, 24 grudnia 2013

Zdrowych, radosnych, smacznych świąt Bożego Narodzenia!

Wesołych świąt Bożego Narodzenia!
 




Właśnie minęła północ, ja wyjęłam z piekarnika ostatnie słodkie wypieki i idę spać. Dzisiaj za kilkanaście godzin podzielimy się opłatkiem i usiądziemy przy stole wigilijnym. Od soboty Paulina stała u mnie w kuchni i pod jej nadzorem przygotowywałyśmy jedzenie świąteczne. Z listy mozna odhaczyć barszcz w całości ugotowany przez Paulinę, pierogi z kapustą i grzybami, robione zresztą dwa razy. Moje ciasto pierogowe okazało się gumiaste, więc  pootwierałyśmy zrobione z niego już pierogi, wydłubałyśmy z nich farsz i Paulina zrobiła drugie doskonałe tym razem ciasto. Na szwedzkim stole wigilijnym/świątecznym, między innymi, znajduje się danie köttbullar czyli kuleczki z mięsa mielonego. Paulina zrobiła i usmażyła te kulki z mięsa łosia. Jak ja się cieszę, że mam tak uzdolnioną córkę, która potrafi wszystko. W niedzielę wieczorem Ronny i ja pakowaliśmy prezenty. Tak bardzo się cieszyłam, że skompletowałam prezenty dla wszystkich. Jakże się myliłam! Podczas pakowania zabrakło jednego prezentu dla jednej osoby chociaż wiem, że kupiłam ten prezent. Przeszukałam samochód, jeden pokój, drugi pokój i nic. Nie ma! Zapadł się jak pod ziemię. W końcu zgromadziłam wszystkie paragony i zaczęłam odczytywać, by znaleźć dowód na to, że kupiłam. I tego dowodu nie znalazłam. Nie mam pojęcia jak to się stało, że stałam z masa towaroe w kolejce do kasy, a potem ta jedna rzecz nie została przeze mnie kupiona, skoro chciałam ją kupić. Ciągle zachodzę w głowę jak ja tego dokonałam. Nie pozostawało nic innego jak jechać dzisiaj do miasta i kupić to coś, o czym tylko myślałam, że kupiłam. Także nie udało mi się ominąć sklepów właśnie w poniedziałek, dzień przed Wigilią. Jest już po drugiej. Idę do łóżka, bo podczas wieczerzy chciałabym być wypoczęta, a nie kwaśna i żałosna. 
A na dobranoc moment na refleksję na ile polska jest polska Wigilia? ;)


   

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Świąteczny stres, a co to takiego?

Święta się zbliżają i to w tempie iście olimpijskim, a ja na przekór wszystkim bardzo spokojnie do tego zjawiska podchodzę. Nie ogarnia mnie żadna panika, ani stresy. Dziwię się wręcz, gdy wokół
mnie, kilka razy na dzień w pracy słyszę wypowiadane w locie prawie przez każdego "O! Jestem taka/ki zestresowana/ny!" i pędzi taki zestresowany osobnik dalej. Ja, ze stoickim spokojem spoglądam na taką zadyszaną, zagonioną mającą obłęd w oczach istotę i wydaje mi się, że to chyba jakaś moda zapanowała na bycie zestresowanym. Ludzie sami się nakręcają i chyba to lubią. Nie porobiłam jeszcze żadnych zakupów świątecznych, zostawiam to sobie na piątek. W sobotę i niedzielę w koprodukcji z córkami będę gotować i piec. Dzisiaj, podczas naszego rodzinnego obiadu zaproponowałam, żebysmy na karteczkach napisali nazwy potraw i losowali, kto je zrobi. Pomysł jakoś przeszedł bez echa, ale można spróbować wcielić go w życie w przyszłym roku, albo na Wielkanoc.  Prezenty kupiłam takie, jakich nikt sobie nie życzył i to też nie dla wszystkich jeszcze. Gdy pytałam uprzejmie członków rodziny jakie mają zyczenia, co do prezentow, to okazało się, że nikt nic nie chce. Takie coś zdarza mi się pierwszy raz w życiu, zatem dostaną to, czego w ogóle nie oczekują. Spodoba sie im, to dobrze, a jak nie, to mogę dać im paragony i niech idą do sklepu i to oddadzą, albo wymienią na coś innego. Koniec, kropka. Ja w święta życzę sobie tego, by było miło, leniwie i smacznie. Własćiwie leniwie stoi na pierwszym miejscu mojej listy życzeń. Renee w każdym razie oznajmiła, że nie ma żadnych zyczeń, bo potem będzie tylko rozczarowana, tak jak to miało miejsce z łóżkiem, ktore otrzymała w zeszłym roku pod choinkę. Zatem ona nie ma żadnych oczekiwań. Chociaż właściwie dodała, że pieniądze by się jej przydały. Komu by się one nie przydały? Natta z kolei powiedziała, że nie wie za bardzo, czego sobie życzyć pod choinkę teraz, kiedy jest już dorosła. Zakończyła z westchnieniem, że w dzieciństwie to było łatwo i nie istniały żadne problemy z życzeniami. Marzyło się o jakiejś Barbie jednej i drugiej i ciuchach typu księżniczka i była szczęśliwa, gdy to znalazła pod choinką. A teraz to szkoda gadać. No, proszę tak mówią ludzie zmęczeni konsumpcją, bo nie sądzę, że to myśl o środowisku czy światowy kryzys jest powodem tego ich braku życzeń. Chociaż, wlaściwie świetnym pomyslem i moim życzeniem byłoby rodzinne wyjście do kina w pierwszy dzień świąt. Bo właśnie tego dnia odbędzie się w kinie premiera filmu "Stulatek, który wyskoczył przez okno i nie wrócił". Ten, kto czytał powieść zrozumie dlaczego chciałabym obejrzeć ten film. A teraz chyba jednak wybiorę się do łóżka chociaż:

wtorek, 10 grudnia 2013

Obiad dla ludu i bankiet dla elity

Tradycyjnie, jak co roku zresztą,  10 grudnia, czyli dzisiaj jest transmitowana uroczystość wręczenia Nagród Nobla i bankiet. W tym roku przy honorowym stole siedzą same dziadki, ale dobrze zakonserwowane. Księżniczka Madeleine nie stawiła się na obiedzie, nie słuchałam plotkarskiej prasy, więc nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest w ciąży i ma mdłości. Następczyni tronu - Victoria jest na pogrzebie Mandeli. Zatem przy długaśnym stole siedzą nie pierwszej już młodości nagrodzeni naukowcy, król, królowa i inni arystokraci albo duchem, albo z urodzenia. Pochód po szerokich schodach w dół do sali obiadowej otwierał poczet sztandarowy, a zaraz za pocztem schodził król z jakąś bardzo starszą panią pod rękę, zaraz za nim królowa z którymś z nagrodzonych. Królowa ubrana w purpurową suknię i w koronie na głowie wyglądała jak statua wolności w Nowym Jorku, tyle tylko, że rękę miała opuszczoną. Jest to bankiet sukien, diamentów, kryształów Swarovskiego i koafiur. Prześmiesznie wygląda chuda jak patyk żona ministra spraw zagranicznych Bildta. Jego żona jest Włoszką, ale jest blada, koścista i blond. Ma długi orli nos, ktory nadaje jej twarzy wygląd nastroszonej sowy, co dodatkowo potęguje jej dziwna fryzura przypominająca rozwichrzone gniazdo. Premier Szwecji Reinfeldt jest nieobecny z tego samego powodu, co Victoria. Ale za to wśród zaproszonych gości znajduje się minister edukacji Björklund. Kto go w ogóle zaprosił na tę imprezę ku czci nauki i potęgi rozumu ludzkiego, nie wiem. Po wynikach PISA, które obnażyły i zaprezentowały światu beznadziejny poziom szwedzkiej oświaty facet powinnien być obłożony anatemą i to przez samego króla. Björklund za to nie wygląda na zmartwionego i nie usiłuje być nawet niewidzialny. Siedzi przy stole i z werwą i zadowoleniem zajmuje się swoją partnerką umilając jej czas dowcipną rozmową, jak przypuszczam, bo właśnie kamera go pokazuje. Z wykształcenia jest zawodowym żołnierzem, nie ma żadnego, nawet eksternistycznie, zdanego kursu z pedagogiki czy czegokolwiek związanego ze szkołą. Zresztą duża część nauczycieli w Szwecji też nie posiada żadnego nauczycielskiego wykształcenia. W Szwecji jest równość, którą należy rozumieć dosłownie, czyli nauczycielem może być każdy pozbierany z ulicy człowiek. I proszę nie mysleć, że ja tu coś zmyślam, bo ja to osobiście wyczytałam w szwedzkiej prasie. A z telewizji dowiedziałam się, że...40% nauczycieli uczących matematyki nigdy tej matematyki nie studiowało. A na studiach tzw. nauczycielskich uczą o genusie, równości i za przeproszeniem dupie Maryni, tylko nie uczą jak uczyć. Po prostu nie istnieje taki przedmiot jak metodyka nauczania przedmiotu. Konkretnego przedmiotu. Lekcje sa przez to super nudne, bo każdy uczeń w klasie siedzi w ławce lub na podłodze jak mu tak lepiej się myśli i robi ćwiczenia, ćwiczenia i ćwiczenia. W ten sposób, jak łatwo się domysleć, każdy robi inne zadanie, bo jeden jakiś orzeł kończy już podręcznik lub jakiś dział, a drugi dopiero co zaczyna. A co robi nauczyciel? Chodzi po klasie, zagląda uczniom przez ramię i podchodzi do tych, którzy zgłoszą, że czegoś tam nie rozumieją. I tak lekcja po lekcji. Zdechnąć można z nudów. Uczniom chyba tez jest nudno, bo korzystają zdrowo z tych swoich laptopów i zamiast liczyć zadania, to udzielają się towarzysko na fejsie, publikują swoje zdjęcia na golasa na instagramie lub grają w gry on-line. Te z tymi zdjęciami na golasa, to tez goracy temat w tej chwili, bo nie dalej jak wczoraj wysluchalam audycji radiowej poświęconej temu problemowi. Zapewne są to szczyty kreatywności, na które mogą wspiąć się uczniowie.
A mój sobotni julbord należał do udanych i bardzo smakowitych. Jedyne, co było na minus to strasznie dlugie kolejki do jedzenia. Na dlugich stolach rozstawiono tematycznie jedzenie i każdy temat był opatrzony numerem. Zatem numerem jeden były ryby - śledzie pod różna postacią, numerem dwa - łososie, też pod różną postacią, numerem trzy, wszelkiego rodzaju wachlarz wędlin - od szynki po salami czy jakieś kiełbasy z dziczyzny i  pasztety tez z różnych zwierząt, niektóre z truflami (bleee), kolejny numer to dania mięsne - kiełbaski parówkowe Prins (tak sie nazywają i sa standardem na stole wigilijnym, kuleczki z mięsa mielonego z łosia i żeberka. No i tego już nawet nie tknęliśmy. Nawet Ronny, chociaż on absolutnie woli mięso od tych wszystkich ryb. Nie tknęliśmy, bo najedliśmy się tymi rybami. Przy stołach stał szef sali i dyrygowal ruchem. Wyobraźcie sobie, że nie można było od razu załadować sobie na talerz tematu numer trzy czy cztery, bo dziad stał i mówił, co w jakiej kolejności jeść. No i żeśmy się nażarli. Było przeraźliwie dużo osób, bo to ileś firm zrobiło w tym czasie tę imprezę. Oczywiście, każda z firm siedziala w swoich, jakby to nazwać strefach czy sektorach, no i ten dyrygent na wstepie wyjasnił jak mamy się ustawiać w kolejce, ktory sektor itd. Tłumy były prawie jak na tym noblowskim bankiecie, z tą różnicą, że tam gościom kelnerzy serwują dania, a my staliśmy w kilku kolejkach. Ktoś powiedzial, że w sumie było 7 talerzy (za każdym podejściem dostawało się czysty talerz i sztućce) czyli 7 różnych tematów jedzeniowych i tym samym 7 kolejek. My skapitulowaliśmy na trzecim temacie, ale ten siódmy wcisnęłam w siebie, bo to był deser. Na stole z deserami rozstawiono szarlotki, sosy waniliowe do polania szarlotek, jakieś ciasto bezowe, i jeszcze wiele innych, ale mój wzrok zatrzymal się na wielowarstwowym torcie czekoladowym, o ktorym nie mialam pojęcia, że jest w ogóle w Szwecji robiony, a o którym zawsze śniałam. Zjadłam go i aż musialam rozpiąć mój żakiet taki, szyty do figury. A po uczcie zaczęła się normalnie potańcowa. Na ekranach nagle pojawiły się ABBA i inne szwedzkie szlagiery, didżej wydzieral się do mikrofonu, podkręcił basy do tego stopnia, że podłoga się trzęsła i skończyły się wszelkie rozmowy i rozmówki przy stole, bo w tym hałasie nikt nie słyszał własnych myśli. Koniec na dzisiaj. Wracam na bankiet, który zamierzam przeżywać w pozycji horyzontalnej. Pa!  

piątek, 6 grudnia 2013

Jedzenie po ciemku, dylematy ubraniowe i PISA

Odeszła mi trochę chęć pisania, stąd moja nieobecność. Jestem lekko zniechęcona do życia w ogóle. O dziwo nie pogoda jest winna moim nastrojom. Jakoś jej nawet nie zauważam. Jest zimno, ale w końcu to zima, śniegu jeszcze nie nawaliło tak, że świata nie widać, a ja chodzę jakaś zdegustowana. Nic mi się nie podoba (mam na myśli towary w sklepach) i nic mi nie smakuje poza domowym jedzeniem. W nabliższa sobotę idziemy z Ronnym na jego firmową imprezę, bo właśnie teraz rozpoczął się sezon na julbord czyli stół świąteczny. Wczoraj wieczorem  z kolei byłam, na fundowanej przez moją firmę, obiado - kolacji w knajpie. Nie byl to ten stół świąteczny, tylko zwykły bufet z metalowymi baliami zaladowanymi różną zieleniną, najwięcej zauważyłam szpinaku, pomieszanego z różnymi białymi serami. W jednej sałacie była mozarella, w innej feta, a w trzeciej kozi biały ser, którego nienawidzę. Sałatki dodatkowo miały inne jakies dodatki, na przyklad orzechy włoskie, czy pokrojone brzoskwinie z puszki, koktajlowe pomidorki. Przez podobieństwo  tych sałatek i serów do siebie nawaliłam sobie przez pomyłkę na talerz tej cholernej z kozim serem. Za mną stała długa kolejka moich głodnych, tak jak i ja zresztą i prosto z pracy koleżanek, nie mialam zatem czasu na studiowanie opisów zawartości tych sałatek. Do tych zimnych sałatek można było sobie dobrać z ciepłych dań  pozbawionego smaku dorsza, utopionego w jakimś bez wyrazu sosie i/albo suchego kurczaka umazanego jakąś pomidorową gęstą cieczą. Jedno i drugie było paskudne. Oto mój talerz:
Któreś z tych białych fragmentow jedzenia to kozi ser, reszta bezsmakowa.
Zdjęcie musiałam zrobić z lampą, bo bez niej to nawet talerza bym nie zlokalizowała. 


 W dodatku siedzieliśmy w ciemnej sali, tylko świece oświetlały kawałek stołu, i prawde powiedziawszy nie widzialam, co jem, dopóki na widelec nie nabiłam tego paskudnego sera koziego. To jednak nieprawda, że z głodu wszystko się zje. To naprawdę trzeba być baaaaaaaaaaaardzo głodnym, żeby przełknąć ten capiący ser. Mojemu towarzystwu przy stole powiedziałam, że żałuję, że nie wzięłam z domu latarki czołowej, bo przynajmniej oświetliłabym sobie to okropne jedzenie. Przyszłam głodna i wyszłam głodna. Mam nadzieję, że teraz w sobotę nie zawiodę się na tym julbord. Inny problem, to wlasciwie nie problem, tylko dylemat, nie wiem jak się ubrać na sobotnie wyjście. Sukienka czy spodnie? Jesli sukienka, to jakie buty do niej? Ostatnio ubieram się jak chochoł z "Wesela" - "wdział na siebie, to co miał", po prostu znudziło mi sie dbanie o jakiś tam mój wizerunek czy look. Wyglądam jak wyglądam. Nie będę i tak brała udziału w żadnych konkursach piękności. Zajrzałam nawet do paru sklepów, by popatrzeć na jakieś sukienki i żadne mi się kompletnie nie podobają! Poza tym wszystkie są uszyte w Chinach, a ja nie chcę nic chińskiego! Mam taka jedna w szafie, ktora kupiłam w Kappahlu jakis miesiąc temu. Niby modna, ale gdy ja ubrałam na siebie to Ronny ocenił, że wyglądam w niej jak sprzątaczka. Zastanawiam się czy nie włożyć jej na siebie. Przynajmniej będę wyglądać jak modna sprzątaczka.
      Jestem również w posiadaniu tunik -  białej i czarnej:



Obydwie są takie same, ale wtedy muszę ktorąś z nich ubrać do spodni.

 
 Nie wiem, poprzebieram się jutro i może na ktorąś z wyżej wymienionych zdecyduję się. A zapomnialam powiedzieć, że mam jeszcze cos takiego, też modnego:


     czarna, przezroczysta bluzka. Tylko, co Ronny na to powie, to raz, a co ja włożę pod spód, to dwa. Dobra! Nie ma co sobie głowy zawracać, zobaczę w sobotę. Mam czas do namysłu.
Wczoraj chodzilam upojona szczęsciem, cały dzień. Do tego stopnia bylam w sanie upojenia, że nawet nie przeszkadzało mi to, że po obiedzie w knajpie wyszlam głodna. Dwa dni temu ogloszono wyniki testów PISA, które badają poziom wiedzy 15 - latków na calym świecie. No, może to nie cały świat, ale jego znaczna część. W badaniu wzięło udział ponad pól miliona uczniów z 85 krajów. Test przeprowadza się co trzy lata. Szczęśliwa i super zadowolona byłam  fantastycznymi wynikami polskich uczniów, ktorzy zajmują 13 miejsce w świecie! O jeden punkt niżej od Finów, którzy nieco opadli w wynikach ( w dwoch poprzednich badaniach byli liderami), ale nadal znajdują się w czołówce, przynajmniej tej europejskiej. I teraz do tej czołówki dołączyła Polska! Zawsze wierzyłam w siłę polskiej oświaty. Sceptycznie odnoszę się do tych jakichś tzw. gimnazjów, ale wyniki mowią same za siebie, bo w badanich sprzed trzech lat Polska wypadła miernie. Teraz z kolei we wszystkich częściach testów - matematyka, czytanie ze zrozumieniem i nauki przyrodnicze wyniki poszybowały wysoko w górę. Jestem dumna! Natomiast Szwecja jest w szoku! Bowiem szwedzkie nastolatki z każdym kolejnym testem spadają coraz niżej, a ten aktualny pokazal KATASTROFALNE wyniki. We wszystkich częściach testów leżą poniżej średniej. I to ostro poniżej. Od dwóch dni w tv, radiu i prasie trwa debata, ktora polega na przerzucaniu się odpowiedzialnością za te beznadziejne wyniki. Ja w przeciwieństwie do Szwedów nie jestem w szoku. Takie rezultaty nie zdziwiły mnie, powiem więcej spodziewalam się, że ta wręcz barokowo bogata szkoła, która niewiele w sensie wiedzy ma do zaoferowania, musi runąć. Oczywiście słychać głosy, że angielski znajduje się na wysokim poziomie. No, ale niestey PISA nie bada znajomości angielskiego, bo wtedy żadne kraje anglojęzyczne nie mogłby w tych testach językowych wziąć udziału. A nie przypuszczam, żeby szwedzki 15-latek znal w takim stopniu angielski jak jego rownieśnik z Anglii, Kanady czy USA. Inni broniący szwedzkiego systemu oświatowego wykrzykują, że szwedzka szkoła uczy uczniów "krytycznego" spojrzenia, nie traktowania nauczyciela jako autorytetu, argumentowania i kreatywności. Na czym jednak polega ta kreatywność, ciągle pozostaje to dla mnie zagadką. W szwedzkiej szkole to uczeń decyduje jak chce się uczyć, czego chce się uczyć - tak, tak, dobrze czytacie, a nauczyciel musi wedle odgórnych zarządzeń dopasować się do wymagań i poziomu ucznia. Czyli poziom ustala uczeń! Jakie to proste. A jak dobrze brzmi, tak samo jak idee socjalizmu utopijnego, tylko dlaczego ten fantastyczny socjalizm utopijny nie przetrwał? Do tego wszystkiego słychac głosy usprawiedliwiające tragiczne wyniki, że szkole brakuje zasobów ekonomicznych! To już jest kłamstwo, bo te szkoły mają takie ilości zasobów, że to aż chwilami porzygać się można. Uczeń nie musi mieć nic. Po prostu wchodzi do szkoły i wszystko ma podtykane pod nos. Tutaj wszyscy uczniowie od szóstych klas wzwyż otrzymują laptopy, które mogą zabierać do domów. Chociaż, wlasciwie pewnych zasobow tutaj brakuje, zasobów wiedzy, ale ona jest nie do kupienia. A tak z tą kreatywnością, to chyba na wyrost się chwalą, bo właśnie czerwoną nitką w testach PISA jest alfabetyzm, we wszystkich trzech częściach. Alfabetyzm to nic innego jak (podaję za Wikipedią) "określenie odnoszące się do podstawowych zasobów wiedzy i umiejętności niezbędnych do uczestnictwa w życiu społecznym danej zbiorowości ludzkiej. Wymagany zestaw tych zasobów zależy od czynników historycznych i społeczno-kulturowych. Dotyczy kompetencji zdobywanych przez całe życie jednostki i uznawanych w danej epoce za podstawowe, stanowiące wymóg społeczny i poddawane kontroli społecznej" I tu wlasnie kreatywna szwedzka młodzież powinna wykazać się nadzwyczajną wręcz kreatywnością w analizowaniu, argumentowaniu, rozwiązywaniu i interpretowaniu problemów w różnych sytuacjach. Krótko mówiąc  w sytuacjach życiowych. A tu taką niespodziankę przygotowali swoim nauczycielom! Sabotaż jaki, czy co? No, w końcu są kreatywni!


PS. Tutaj możecie zobaczyć tabelę wyników PISA
 

wtorek, 26 listopada 2013

Smakowity czas z rodziną

Czołem Młodzieży!
Na początku mojego listu chcialam zapewnić o moim dobrym zdrowiu i jednoczesnie pochawlić się, że ostatni weekend spędzilam w bardzo dobrym nastroju na łonie rodziny. Całej, w komplecie. Mam koleżanki, ktore w tej chwili wspinaja się po Wielkim Kanionie w USA lub przepuszczają kasę w kasinach Las Vegas, a ja świetnie się bawię w gronie moich córek i ich chłopaków, narzeczonych i mężów pod moim wlasnym dachem. Paulina i Mikael zawitali już w piątek. Razem z Pauliną zrobiłyśmy obiad. Ale jaki! Ryby! Ale jakie! Strasznie drogie i strasznie smaczne. Ryby łowione w czystych (jeszcze) wodach Morza Północnego między Grenlandią, Islandią a północną Norwegią. Jedliśmy filety z röding czyli z rodziny łososiowatych zwanych golec (salvelinus) i królewską flądrę czyli po polsku stornię lub flądrę. Ryby były przeeeeeepyszne i postanowilysmy z Pauliną, że to wlasnie one pojawią sie na naszym wigilijnym stole. W zeszlym roku zamowilam w sklepie karpia i już w tym roku dam sobie z nim spokój. Przyszedl do sklepu martwy (bardzo dobrze!) i niewypatroszony (bardzo źle!). Poza tym trochę smakował jeziorem. Ale tylko trochę. Pewnie to ja popelniłam jakiś błąd w sztuce kulinarnej. Drogi był tak samo jak te powyższe ryby. Do wyżej wymienionego obiadu popijałam Beaujolais Nouveau 2013. W te delikatesy zaopatrujemy się w firmie pod tytulem Hemdeli. Załączam link do tej strony tutaj  sami zobaczcie jakie pyszności i za ile można u nich nabyć. Strona jest po szwedzku, ale istnieją na szczęscie google, które mogą przetłumaczyć. Przy piwie, whisky, winie, kawie, czekoladkach i ciasteczkach gralismy w gry planszowe. Nikt sie z nikim nie pokłócił. Było fantastycznie! W sobtę rano spotkalismy się na śniadaniu, a Mikael i Jens pojechali do miasta i przywieźli Ronnemu i mnie duże pudło czekoladek i duży bukiet kwiatów, bo akurat mielismy nasza rocznicę ślubu.

 Ronny, jak zwykle zresztą nieprzygotowany na takie wydarzenie, był zupełnie zaskoczony, zresztą ja też, tym niezwyklym gestem młodzieży. Paulina przejęła kuchnię i zrobiła z tej okazji królewski i wyrafinowany obiad, no w końcu 22 lata z jednym facetem, to nie w kij dmuchał. Było mięso. Biorąc pod uwagę fakt, że Paulina i jej mąż to wegetarianie, ktorzy czasem jednak odchodzą od swoich przywyczajeń na rzecz mięsa, pod warunkiem jednak, że jest to mięso absolutnie ekologiczne, a takie jest albo mięso łosia, albo renifera. Zatem na obiad był renifer!




 Bajka, poezja po prostu! Gdybym była poetką, to napisałabym jakąś odę do mięsa renifera albo hymn na jego cześć. Z drugiej strony to trochę jest niebezpieczne rozsmakować się w samych delikatesach z naj, naj, najwyżeszj półki, bo co ja będę jadła, gdy kasy zabraknie? Na razie jakby co, to w zamrażarce mam jeszcze trochę flądry królewskiej. W ciągu dnia Paulina i Mikael przygotowują swoją działkę pod budowę. Zamieniają się w osadników, ktorzy wywędrowali za morze w celu osiedlenia się i na poczatęk muszą rozprawić się z naturą, co jest szczegolnie paradoksalne. Paulina - ekolog biorąca udział w akcji uśmiercania lasu.


przerwa na kawę
   A ja rano, zwloklam sie z łóżka w nocy, tzn, rano, ale i tak jest ciemno jak w nocy, a w ciągu dnia przeklinalam słońce. Sami zobaczcie jak fajnie się jeździ w towarzystwie słońca!


Tak się jeździ! Nic do cholery nie widać!
To zdjęcie jest zrobione z samochodu.

środa, 20 listopada 2013

O spełnianiu obietnic i kobiecej naturze

 
Tak, właśnie tak obiecuję sobie każdego ranka! Jak to właściwie jest? Gdy obiecuję coś innym, to dotrzymuję słowa (dlatego tak rzadko obiecuję), ale gdy obiecuję coś sobie samej, to już z góry wiem, że obietnicy nie dotrzymam, wiem to na pewno już w momencie jej składania. Dlatego nie robię nigdy żadnych noworocznych przyrzeczeń. Chociaż właściwie robię jedno - postanawiam, że nic nie będę postanawiać. I tego się trzymam! Zawsze działa i dzięki takiemu przyrzeczeniu nie czuję żadnych wyrzutów sumienia, że czegoś tam nie spełniłam.
Na fejsie natknęłam się na taki wypunktowany opis/charakterystykę kobiety i stwierdzam z całą stanowczością, że autorem tego jest jakiś chłop. Ja na przykład uważam, że wszystko, co zaawansowane technicznie jest równoznaczne z magią, zatem zawsze zaczynam majsterkowanie od czytania instrukcji, a nie od "wciskania guzików". Nigdy nie walnęłam pięścią w radio, telewizor czy komputer (zdarzyło mi się tylko raz potrząsnąć laptopem), by ten zadziałał, za to widziałam w moim życiu jak to robią panowie. Punkt drugi demaskuje, że to pisał mężczyzna, bo stwierdza, nie wprost, że mężczyzna robi obciach tylko w stanie wskazującym. Czy chodzący po korytarzu w pracy facet z rozpiętym rozporkiem, to nie obciach? W trzecim punkcie podoba mi się wyrażenie "emocjonalnie elastyczna". Punkt czwarty - nienawidzę robienia zakupów!!!Żadnych!!! Punkt piąty - nic nie wiem o moich "efektach specjalnych", co oznacza, że nie odkryłam u siebie żadnych dziwactw. Aż się sama temu dziwię.    
 


 Punkt szósty - takie zdanie może miec tylko facet. Siódme - nawet dowcipne. Ósme - przede wszystkim nie nazwałabym siebie aniołem. Dziewiąte - nie mam zdania. Dziesiąte - Bóg raczej obiecał po wyrzuceniu z raju, że raczej ciężko nam będzie. No i ostatnie, nawet fajne, kto wie czy sobie takiego nie zamówię, ale z pominięciem "co się głupio gapisz?"  
 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Hilde i Beaujolais Nouveau 2013

Cześć! Ostatniej nocy przez pólnocną Szwecję przeszło wietrzycho imieniem Hilde. Wiało 56m/sek. Tu w Szwecji zawsze siłę wiatru podają w metrach na sekundę. Jesli ktos ma siły i ochotę może to sobie przeliczyć na kilometry. Dzisiaj rano odkrylismy, że w lesie Hilde powyrywała około stu drzew, nie jakichś tam drzewek, tylko potężnych drzew, chyba sosen. Paulina, Mikael i Ronny poszli w las oglądać i liczyć. Mnie tam nie bylo, więc wierzę im na słowo. O ktorejś godzinie nad ranem nie było prądu. Internet nie działał, no i telefonia tez nie. No i oczywiście MÓJ telewizor też przestał działać. Tym razem cos sie stało dekoderowi. Włączyłam rano i ten tylko pokazał słowo b o o t, ktore nie wiem co oznacza i tak już zostało. Zwykle po włączeniu dekodera, wyskakiwło to słowo, a za chwilę mrugała zielona dioda i już można było oglądać telewizję. Dekoder nie chce się wyłączyć, ani włączyć. Zastygl na tym b o o t i koniec. Odłączalam go od telewizora i sieci, podłączałam na nowo kilka razy i nic. Tylko to okropne b o o t! Czy ktoś z Was zna sie na dekoderach i może mi chociaż powiedzieć jak wyłączyć ten dekoder, by wrócił do stanu wyjścia, a nie tkwił w tym zawieszeniu? Paulina oznajmiła, że i tak powinniśmy się tu cieszyć, że poza prądem, czy powalonymi drzewami nic więcej się nie stało. Niektorzy tracą domy, a nawet życie. Filipiny. Weekend spędziliśmy rodzinnie. Od piątku do dzisiaj Paulina z Mikaelem zamieszkali u nas. Mikael w soboty i niedziele jest drwalem, ścina drzewa na ich posiadłości ziemskiej. Bo musicie wiedzieć, że ich działka, to las. Powiedziałam mu, żeby nadpiłował drzewa tak do połowy, bo huragan w nocy przejdzie, to dokona reszty. Nie skorzystał z mojej rady. Jedno drzewo na ich działce zostało jednak wyrwane z korzeniami. Drzewa z działki posłużą im potem za budulec do ich domu. Wieczorem piliśmy wino, graliśmy w karty i było bardzo, ale to bardzo rodzinnie. Oprócz tego w sobotę wieczorem obejrzałyśmy z Pauliną Downton Abbey, trzeci sezon! Poza tym wyspałam się! Huragan ukołysał mnie do snu. Młodzież dzisiaj rano przy śniadaniu relacjonowała noc. Każdy z nich budzil się, slyszał wiatr, ktory wprawial w trzeszczenie cały dach. Obudzona Renee obawiala się, że jakieś drzewo spadnie na dom, a Ronny zobaczył nad ranem jak nasze sosny wokól domu wyginaly się w łuk. A ja spałam jak kamień. Pół niedzieli spędziłam w myslach i uczynkach nad zawieszonym dekoderem. A potem zrobilam sobie SPA w łazience. Odmłodziłam się, ułożyłam sobie pięknie włosy, no i jutro postanowiłam powitać poniedzialek z werwą i radośnie. Chcę, żeby te tygodnie dzielące nas do świąt minęły szybko, bo tęsknię za świętami! Naprawdę! A czas płynie najszybciej w pracy. Nie mam żadnych pomysłów na prezenty gwiazdkowe i w sumie nie mam nic przeciwko, by takowych w ogóle nie było. Tylko jak to powiedzieć młodzieży? W czasie świąt chciałabym siedzieć na miękkiej sofie, podjadać daktyle, popijać glögg z rodzynkami, rozkruszonymi migdałami i orzechami, jednym okiem patrzeć na filmy o tematyce świątecznej bądź zimowej i wyszywać krzyżykowym ściegiem obrazki. A, tak mi się zamarzyło, bo w święta ma być miło i przytulnie i w zwolnionym tempie. Wyszywanki kojarza mi się właśnie ze zwolnionym tempem. Poza tym chcialabym nauczyć się robić na drutach. Zrobilabym sobie wtedy długi, bajerancki sweter z motywem Picasso na plecach. Zanim jednak święta nadejdą, to już teraz zaczynam odliczanie do czwartku, bo w Systemie pojawi się wino Beaujolais Nouveau 2013! Każdego roku w trzeci czwartek listopada we Francji świętuje się Dzień Beaujolais i odbywa się sprzedaż tego wina z bieżącego rocznika. Także jest to młodziutkie wino z tegorocznych zbiorów. To jak już wiecie, w czwartek będe miała randkę z Beaujolais Nouveau 2013! I jak tu się nie radować?


          


piątek, 15 listopada 2013

Ciemność jak absynt

No i zaczęło się...Około 16-stej robi się ciemno. Właściwie ciemność to malo powiedziane. Robi się czarno! Gdy wyjeżdżam z miasta, to jedynie słupki czy plastikowe patyki z odblaskami zatknięte przy drodze jarzą się punktowo. Przez te ciemnice mam wrażenie, że pracuję do późnej nocy i ze zmęczenia prawie na czworaka wchodzę do domu. W ciągu dnia słońce z kolei wisi na maską samochodu i świeci prosto w oczy. Taka jazda jest równoznaczna z prowadzeniem samochodu z zamkniętymi oczami. W domu nie sprzątalam już od tygodnia. Sterty prania piętrzą się, ale ja nie mam siły, by teraz te szmaty dzielić na białe i kolorowe, odkurzacz waży chyba tonę i nie mam siły wytaszczyć go ze schowka, od tygodnia chodze w tych samych ciuchach, bo nie mam siły, by zrobić jakiś przegląd szaf i dopasować coś innego do siebie, itd. W domu, po pracy, mobilizuję resztkę sił i robię obiad, ktory jest taki sam od czterech dni. Od czterech dni jem ziemniaki, smażoną rybę w panierce i dwie surówki jedną na ciepło z burakow, a drugą na zimno z kapusty kiszonej z marchewką, jablkem i cebulą. Gdy ja wchodzę do domu, to Ronny po jakiejś godzinie z niego wychodzi, bo następuje jego kolej, by jechać do roboty. Zostaję wtedy sama. Oglądam wiadomości, leżę razem z psiną na sofie w pokoju i...zazwyczaj od tego leżenia zasypiam. No i co to jest do cholery za życie?! Nie wiem. Dni płyną, które z kolei zamieniają się w tygodnie, miesiące, lata i nagle, nawet nie wiem kiedy, młodość minęła definitywnie, a jej miejsce zajął wiek średni. Zresztą, co ja tu mam sie rozwodzić nad przemijającym życiem. Lepiej to zrobi obraz Muncha "Taniec życia". Kiedyś byłam postacią w bialej sukni, dzisiaj jestem tą w czerwonej, a jutro będę w tej czarnej. No i tyle w temacie. Moj nastrój odpowiada nastrojowi obrazu.

Mój stan, w ktory zapadam po pracy od jakichś dwóch tygodni jest taki,  jak tej damy na obrazie Degas


tylko, że ona wpada w ten stan odrętwienia dzięki ten zielonkawej cieczy nazywanej absyntem, a ja dzięki nieprzeniknionym ciemnościom. Zatem kładę się na sofie z myślą o rozmyślaniach i okazuje sie, że nie mam siły nawet na takowe. Zanim się jednak położe, to zapalam aromatyczne świeczki.  Ostatnio zaopatrzyłam się w pachnące drzewem sandałowym, który działa jak gaz usypiający. W takie stany zapadam już od wielu lat, stąd wiem, że są przemijające i już niedługo będę zbyt zajeta ganianiem po sklepach, by zacząć gromadzić prezenty gwiazdkowe. Nie będzie wtedy czasu na stany odrętwienia. Złapałam się kilka razy na tym, że własnym kluczem do samochodu chciałam otwierać drzwi do pracy. Celowałam nim w drzwi i dziwiłam się, że po naciśnięciu guzika w kluczu, drzwi nie reagują i nie otwierają się! Roztargniona, bezmyślna czy zmęczona? Generalnie stałam się nudziarą, o czym między innymi świadczy ten wpis. Dobranoc. 

piątek, 8 listopada 2013

I o szkole i o Holgerze.

Piątkowy wieczór trwa w najlepsze, w telewizjach (polskiej i szwedzkiej) same nudy, to mogę trochę pofilozofować tu na moim blogu w towarzystwie likieru Country Lane. Co do szściolatków, które w Polsce mają iść do szkoły nie mam zdania. W zasadzie dziwne, że samych dzieciaków nikt o zdanie nie pyta, tylko różni dorośli o tym decydują. Powinni przeprowadzić referendum wśród sześciolatków. O, to byłoby zdarzenie na światową skalę a przy okazji propagowanie demokracji wśród przedszkolaków. Nie rozumiem dlaczego jest to taka ważna reforma? Czy "zerówki" nie są objęte obowiązkiem szkolnym? Jakie to ma znaczenie czy "zerówka" mieści się w szkole czy w przedszkolu? Czy ta reforma dotyczy tylko zmiany lokalu z przedszkolnego na szkolny? I z tego powodu jest tyle zamieszania?  W Szwecji wszystkie sześciolatki chodzą do szkoły. Mają tam różne zajęcia - wyklejanki, wyszywanki, siedzenie przy stole czy na podłodze w ramach przyuczania do siedzenia bez wiercenia się,  co będzie przydatne w klasie pierwszej, chodzą na basen czy inne zajęcia gimnastyczne, a po godzinie zwykle 12- stej "zerówka" zamienia się w fritids czyli świetlicę i dzieciarnia znowu ma zabawę aż do samego wieczora, ostatnie dziecko zabierane jest o godzinie 18-stej.
Mimo pogody wpędzającej w ponury nastrój rozśmieszyła mnie ofensywa jakiegoś europosła, czy raczej uzyłabym skrótu osła Legutko, który oskarża Centrum Mikołaja Kopernika w Warszawie o szerzenie pornografii i pedofilii, bo wystawiono i to już trzy lata temu eksponaty kobiety i mężyczyzny z oznaczonymi sfery erogennymi. Dziwne, że dopiero teraz europoseł zauważył te eksponaty. Może potrzebował trzech lat, żeby dowiedzieć się, co to takiego jest te sfery erogenne i stwierdzić brak takowych u siebie. By uciąć wszystkie dyskusje najlepszym rozwiązaniem byłoby wydanie zakazu posiadania takich sfer. Tylko co wtedy z przyrostem naturalnym, który w Polsce jest podobno na minusie?  Mimochodem słuchałam wypowiedzi niejakiej pani Wróbel, która występowała w telewizji i zachłystywała się z oburzenia nad sferami erogennymi wystawionymi na widok publiczny. Pani Wróbel jest politykiem, więc jej te sfery są niepotrzebne. Ona obraca sie w całkiem innych sferach i nie jest niestety przez to mądrzejsza. Chwilami podziwiam odwagę niektórych osob, które publicznie epatują swoją głupotą nie bojąc się przy tym śmieszności. A w Centrum zamiast wyłączyć te eksponaty powinni wywiesić kartkę, żeby malolaty zamykały oczy, gdy znajdą się w ich pobliżu. Tak zwykle mawiali rodzice do swoich dzieci, gdy w filmie miała się pojawić jakaś gorsząca scena - "zamknij oczy!"
A gdy już poruszyłam temat przyrostu naturalnego, to chciałam z żalem powiedzieć, że w tym tygodniu dowiedziałam sie, że nie będę jednak babcią. Jeszcze nie teraz. Parę dni temu Paulina straciła swoje dziecko. I to tak po prostu i nagle. Jej ciąża przebiegała normalnie, wyniki miała dobre i nagle coś poszło nie tak. Lekarka powiedziala Paulinie, że to nie jest jakaś nienormalna sytuacja. Co piąta kobieta, przynajmniej w Szwecji tak ma. Nie ma na to żadnych wyjaśnień poza tym, że natura wie co robi. Stało się to teraz, gdy Paulina nareszcie zaczęła się czuć dobrze po trzech miesiącach wymiotowania i wrażliwości na różne zapachy i aromaty. Teraz dostała wytyczne, by jeść dużo żelaza i to wszystko. Szkoda, bo naszej świadomości zaistniał mały Holger. Tak nazywała dziecko Paulina po przeczytaniu powieści "Analfabetka, która umiała liczyć"  i zarowno jej jak i Mikaelowi imię jednego, a wlaściwie dwoch bohaterów tej powieści przypadło im do gustu. Co do imienia dla dziewczynki nie byli zgodni. Paulina chce dla swoich dzieci nadać imiona wikingów lub bóstw, w ktore wikingowie wierzyli. No i tu Paulina i Mikael mają rozbieżne zdania. Dla dziewczynki Paulina chciałaby nadać imię Freja (to nomen omen bogini miłości i płodności), a Mikael powiedzial, że będzie Helga. Słyszycie? Helga! To niech ją nazwie od razu Walkiria. Chociaż Helga to odpowiednik Olgi. W Szwecji jednak można dziecku nadać trzy imiona, więc w końcu chyba kiedyś osiągną jakieś porozumienie. W związku z tym, że imię dla dziewczynki nie było ustalone, to zostalismy przy Holgerze. W powieści wyżej wymienionej wystepuje dwóch Holgerów. Było to długo oczekiwane dziecko, dla ktorego ojciec wybrał imię, gdy tylko dowiedział sie, że będzie ojcem. No i trochę zdziwił się, że na świat przyszły bliźniaki - dwóch chłopców. Było to taką niespodzianką i zaskoczeniem dla ojca, że nie miał pomysłu na jakies inne imię, zatem nazwał chłopców Holger 1 i Holger 2. Z wyglądu chłopcy byli jak dwie krople wody, ale charakterami różnili się wręcz krańcowo. Zatem my w rodzinie zastanawialismy się czy nasz Holger będzie tym 1 czy 2. My z Pauliną wolałybyśmy Holgera 2. Teraz namiętnie oglądamy serial Vikings. Jest bardzo dobry i bardzo okrutny. Głowny bohater serialu ma na imię Ragnar i jest nieprawdopodobnie podobny do mojego zięcia. Nawet fryzury mają takie same. Może ten serial podrzuci trochą pomysłow na imiona. Przez to zamiłowanie Pauliny do imion staronordyckich ja tez zaczęłam przyglądać się im bliżej. Podobają mi się imiona Loke, Balder, Harald, a dla dziewczynek...no, cóż dzisiaj podobają mi się, te nasze polskie imiona, chociaż imiona moich corek zaprzeczają temu. Najstarsza to Paulina Olga, średnia to Théa Nathalié, a najmłodsza - Sanna Renée. A ja mam tylko jedno imię - Joanna i na tym koniec!               

środa, 30 października 2013

I co Wy na to?

Mam konto na fejsie, pisze bloga, czytam inne blogi, kupuję przez internet, piszę e-maile, czytam wiadomości i jestem w pełni świadoma, że jestem inwigilowana, a Wy czytając to jesteście też automatycznie wciągnięci do tej zabawy w tajnego agenta. Gdy gadam przez komórkę czy skajpa, to jestem podsłuchiwana. W takich oto ciekawych czasach żyjemy!
Miecugow w "Szkle" martwił się, że o podsłuchach ze strony amerykańskiej w Polsce jakoś jest cicho, co oznacza że Polska jest takim bez zupełnie żadnego znaczenia krajem - plamą na mapie świata, że u nas nawet nie ma kogo podsłuchiwać. A tu proszę co wychodzi, że Polska nie tyle jest inwigilowana, co sama inwigiluje ramię w ramię z NSA. No, już lepiej być nie może! Czy to przypadkiem nie nazywa się zdrada narodowa? Robi się coraz ciekawiej.     
I co Wy na to?
Na facebook dostaję nie tylko informacje z kraju i ze świata, ale również żarty, ciekawe artykuły i zdjęcia. Na przykład takie:
Tak wygląda Pacyfik skażony radioaktywnymi wyciekami z Fukushimy.
Odważni, którzy zechcą zjeść rybkę z tego oceanu niech liczą sie z tym, że będą się świecić jak robaczki świętojańskie.
I co Wy na to?

 
  Jedzenie ryb z Bałtyku też jest dosyć ryzykowne, bo na poniższym pasku informacje sa dosyć apokaliptyczne.



"z czego 80% stanowi iperyt" jak poinformował stojący po lewej stronie uczony.
I co Wy na to?
Także ryby chyba wkrotce znikną z menu tak zwanej zdrowej żywności.
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że wymierają pszczoły i to nie tylko lokalnie, ale co najgorsze, globalnie.

 Popatrzcie na półki w sklepie - zdjęcie powyżej pokazuje jakie produkty mamy dzięki pszczołom, zdjęcie na dole pokazuje co zniknie, gdy pszczoły znikną. A pszczoły giną, bo sady, ogrody i łąki są sypane proszkami owadobójczymi. A pszczola, to też chyba owad? I co Wy na to?
Teraz mam coś dla miłośników Halloween, by nie być taką Kasandrą głoszącą koniec świata.
Co zrobić z dynią? (z Facebooka)

  
lub



Ja chyba zrobię ten wazon lub świecznik na grubą świecę. Nie dlatego, że świętuję Halloween, tylko dlatego, że ten dyniowy wazon jest naprawdę bardzo ciekawy. Poza tym uwielbiam pestki dyniowe, bo z resztą dyni, to nawet nie wiem, co zrobić.
Podzielę się z Wami również innym ciekawym zdjęciem, ktore wylądowalo u mnie na fejsie dotyczącym aktu stworzenia słynnego Michelangelo Buonarotti, teraz każdy może poczuć dotyk Boga.


zdjęcie to opublikowało  czasopismo Art & Business

A ja dzisiaj weszłam do sklepu i poczułam klimaty świąteczne. Klimat jednak natychmiast prysnął, gdy ujrzałam te oto arcydzieła kiczu:

to się nazywa do wyboru do koloru!
I co Wy na to?
 
 

czwartek, 24 października 2013

Co stoi na półkach, a właściwie skąd?

Wierzcie lub nie, ale żadnego z tych jedenastu wariantów nie przeżyłam w ciągu mojego dłuuuuuugiego życia. Nie wiem, czy mam tego żałować, czy nie? Zapewniam, że nie jestem abstynentką. Widać mam mocną głowę;)
Podczas lunchu pojechałam do sklepu z rodzaju tych, ktore mają powierzchnię kilku hektarów półek. A ja szukałam tylko jednej z nich. Półki z nazwą potrawy świata. Po bieganiu w tę i z powrotem w końcu znalazłam ją w gąszczu innych półek. Okej, pólka jest dosyć dluga, ma trzy piętra podzielone na kraje, w ktorych te smakołyki powstały. Na pólce z szyldem Bałkany znalazłam ogórki kiszone i kapustę kiszoną w słoikach firmy Krakus. Nie wymagam od personelu sklepu ICA znajomości geografii to raz, a po drugie nie szukałam akurat ogorków czy kapusty, tylko ciastek. Ciastek, ktore nazywają się Jaffa i są kopią naszych Delicji. Troche gorsza kopią i tylko z jednym smakiem - pomarańczowym, ale do zaakceptowania. Ciastka pochodzą z Serbii. Obok ciastek Jaffa leżały i czekały na mnie rownież...pierniczki alpejskie (niestety nie wedlowskie), też serbska kopia i trochę gorsza, ten dżem w środku serca zostawia trochę do zyczenia, ale i tak smaczne. Na tym regale z zagraniczną żywnością nie ma żadnego pożądku tematycznego. Ciastka leżą obok jakiegoś sosu w słoikach, czy jakis dziwnych dań w puszkach z Japonii, a po drugiej stronie stoi kawa z Włoch. I wlasnie to mnie zastanowiło. Te "delicje" i pierniczki wcale nie rzucały się w oczy, regal obeszlam kilka razy wokoło, by wśród tego grochu, mydła i powidła wypatrzeć je. Po wrzuceniu ciastek do koszyka, poszlam dalej w sklep. Znalazłam się wsrod warzyw i owoców. No i proszę jablka z Argentyny, Brazylii, Włoch, Francji, pieczarki z Polski (nie wiem dlaczego leżą w dziale warzyw, a nie na półce z napisem Bałkany), czosnek z Chin, cebula z Australii, pomidory z Holandii, awokado z Izraela, cytryny z Maroka itd. tylko ziemniaki były szwedzkie. W nabiale pomiędzy mlekiem szwedzkim stoi fińskie, niemieckie danio, jogurty szwedzkie i francuskie, to samo dotyczy serów wszelakiej maści. Gdy wejdzie sie w herbaty, to nie ma tam zadnej szwedzkiej, bo o ile mi wiadomo jeszcze nie zaczęli tu w Szwecji hodować herbaty. Keczupy tez z różnych krajów, to samo dotyczy różnego rodzaju makaronów. W dziale z butami Chiny, w dziale z ciuchami - Bangladesz, Chiny. Gospodarstwo domowe przyjechało też z Chin, może nawet tym samym transportem co buty i ciuchy. No i stwierdziłam, że w tym mega, gigamarkecie prawie wszystkie towary i te spożywcze i te niespożywcze są zagraniczne! Dlaczego więc ustawiają regał z szyldem potrawy świata? Oni powinni zmienić szyld i napisać produkty szwedzkie, bo tak naprawdę tych szwedzkich jest tyle, co kot napłakał i ten jeden regał na ten cały duży sklep spokojnie by wystarczył, a może nawet świecił pustkami. A ja w końcu znalazlabym bez problemu moje ciastka w dziale z ciastkami!
A teraz idę spać, bo pólnoc minęła, a ja faktycznie idę jutro do pracy. Dobranoc.

sobota, 19 października 2013

Mroźno i wesoło.

Zacznę od pogody. Przez cały ten kończący się już tydzień, każdej nocy mielismy tu minus 5 albo nawet minus 7 stopni. A w ciągu dni słońce rozgrzewało się tylko do plus 2 czy 3 stopni. Zaczęłam marznąć! Najbiedniejsze są moje oczy, bo wieczorami już pieką i szczypią, oczywiście mnie, a nie kogoś innego. W samochodzie wożę juz awaryjnie puchową kurtkę, tylko jakoś nigdy jeszcze jej nie założyłam, a bo z parkingu do roboty nie jest daleko. Błąd! Jest na tyle daleko, żeby zmarznąć. W połowie drogi zawsze żałuję, że nie ubrałam puchówki, tylko idę w tej mojej zwyklej jesiennej kurtce. Wtedy zawsze mam dylemat - wracać do samochodu czy biec do pracy. Wybieram biegi. Dobre dla sylwetki i trzymania sie w formie. A tak przy okazji trzymania sie w formie - czy ktoś z Was słyszał o nowoczesnej diecie 5:2? Jest ona w tej chwili na absolutnym topie! To dieta diet! Co to takiego jest?W sklapach, przy kasach wszystkie (no prawie wszystkie) gazety maja na swoich stronach tytułowych wydrukowane wielkimi literami "super dieta 5:2". Nie chce mi się latać po internecie  w wyszukiwaniu odpowiedzi na moje pytanie, bo az tak ciekawa nie jestem. Czy 5 oznacza pięć posiłków w ciągu 2 (dwoch dni)? A może na odwrót? Dwa posiłki na pięć dni? A może tu chodzi o jakieś witaminy? A może o ilość owoców i warzyw (5 rodzajów) na dwa posiłki, czyli 2,5 warzywa czy jakiegoś owocu do dwoch posiłków. Nie wiem i w sumie nie zalezy mi na tym, by to wiedzieć. Kiedyś sprawdzę albo ktoś mi opowie. Moja dieta to nie obżerać się, tylko jeść w sam raz. Ot i wszystko! W tym tygodniu najbardziej rozsmieszyła mnie skajpowa konferencja zespołu Macierewicza, nawet Putin dzwonił, a świetni fachowcy od katastrof nie chcieli z nim rozmawiać. Następną moją rozrywką jest powieść Sue Townsend Kvinnan som gick till sängs i ett år. (Kobieta, ktora poszła do łóżka na rok). Bohaterka Eva (prawie w moim wieku) - mężatka, matka dwoja dzieci - bliźniaków, ktore wlaśnie zaczęły studia w innym mieście, po prostu stwierdza, że ma wszystkiego dość i kładzie się do łóżka. Jej matka, teściowa, mąż myślą, że jest to albo jakaś choroba, albo fanaberia. Okazuje się, że ani jedno, ani drugie. To jest protest z jej strony. Dosyć gotowania, przygotowywania świąt, sprzątania, prania, robienia zakupów, dogadzania wszystkim. Jej mąż Brian jest oczywiście oburzony. Kto ugotuje i poda mu obiad? On jest naukowcem astronomem, a nie umie nawet pralki włączyć. Plotka o Evy proteście rozprzestrzenia się i wkrótce jej dom jest oblężony przez fanów, którzy szukają u niej porady. Dobre, co? Ja poczekam jeszcze, kiedy moja najmlodsza Renee wyprowadzi sie i kto wie, może ja też wejdę do łóżka,a może jakoś inaczej zaprostestuję. Mam trochę czasu na zastanowienie się. 
Kobieta, ktora poszła na rok do łóżka

tak wygląda mróz

pelargonie w mrozie

piątek, 11 października 2013

Literatura kobieca czyli babskie pisanie

Cudowny, cudowny dzień mam za sobą! Prowadząc samochód co i raz wjeżdżałam w impresjonistyczne, zaczarowane kraj-obrazy. Jestem oczarowana barwami jesieni. Nie szkodzi, że padał deszcz, nie szkodzi, że miasto po deszczu schowało się we mgle, to nawet potęgowało wrażenie - z perłowej szarości wyłaniały się żołte brzozy, ognistoczerwone klony, cala paleta barw jesieni - od głębokiej zieleni poprzez wszystkie odcienie zółci i czerwieni do złotych fonntan drobnych listków brzóz. A pod koniec dnia słońce rozświetliło świat i rozciągnęło na niebie tęczę. Było po prostu zjawiskowo!












Oczywiście kamera iPhona nie oddaje całego piękna jesieni tylko jej namiastkę. Poza tym część zdjęć pstrykałam prowadząc samochód i zapewniam, że nie jest to najłatwiejsze zadanie.
W polskich mediach gadają o pedofilii, a ja teraz mam zamiar nakreslić parę refleksji na temat literatury pisanej przez kobiety. Wczoraj obejrzałam program w szwedzkiej tv "Moja prawda". W programie przeprowadzona została rozmowa z profesor nordyckiej/skandynawskiej literatury Ebbą Witt - Brattström, która jest literaturoznawczynią i feministką. Wysłuchałam jej prawdy bardzo uważnie i z dużym zainteresowaniem.Witt - Brattström zajmuje się badaniem literatury kobiecej. Poświęciła właściwie całe swoje zawodowe życie  na wygrzebywanie na światło dzienne pominiętych pisarek. Wygrzebuje je jak sama mowi z "masowego grobu kobiecych talentów". W dalszym ciągu istnieje tendencja, że nie zestawia się literatury pisanej przez kobiety i mężczyzn razem w różnych epokach. Literatura kobieca zawsze była traktowana marginalnie. Większość pisarek nie uznawano jako wielkie, z kilkoma oczywiście wyjątkami.Wsadzano ją do osobnego żeńskiego przedziału jako tę bez znaczenia i nic nie wnoszacą do rozwoju. A tak przeciez nie jest, bo w każdej epoce mężczyźni i kobiety mieli wzajemny wpływ na siebie. Literatura to jest dar i olbrzymi skarbiec ludzkich doświadczeń i my potrzebujemy obydwa te rodzaje i męskie i żeńskie. Gdy mężczyźni idą demonstrować, walczyć, bronić ojczyzny, toczyć boje itd. to gdzie są wtedy kobiety? Co robią? Kto walczy o ich sprawy? Jak sobie radzą? Własnie o tym piszą kobiety. To od nich dowiemy sie rzetelnej prawdy o nich samych. Nie od mężczyzn. One korygują spisaną przez mężczyzn historię. W literaturze kobiecej znajdują się na wszystko punkty widzenia kobiet. Czytając prozę  z różnych epok poznajemy ówczesną rzeczywistość z perspektywy mężczyzn. A jest to tylko pół prawdy. Żeby poznać całą prawdę potrzebny jest również głos kobiet. One tez miały / mają poglądy. Zaczęłam po tych refleksjach przypominać sobie jaki zestaw literatury do przeczytania miałam na filologii polskiej. I poza KILKOMA pisarkami resztę na liście lektur stanowili mężczyźni. Z ciekawości weszłam na stronę Uniwersytetu Gdańskiego, tego na którym studiowałam zresztą, by sprawdzić jak po tylu latach  zmieniła się lista. Byłam święcie przekonana, ze lista zostala zrewidowana i uzupelniona tworczością kobiet. Kochani, przejrzałam 56 - stronicowy dokument PDF i zbaraniałam. Tam na uniwerku, na filologii polskiej czas stanął w miejscu, a ja przezyłam deja vu, poczulam sie jakbym ostatni raz byla na uczelni tydzien temu, a nie ponad dwadzieścia lat temu. Filologia polska to bastion, Fort Knox opanowany i obwarowany przez pisarzy rodzaju męskiego! Mickiewicz, Słowacki i Krasiński to trojka, o której nie wolno nic krytycznego powiedzieć. To, że byli i sa genialni, to aksjomat, którego nie można podważyć.  Człowiek bal sie głosno zachwycać Fleszarową - Muskat, bo zostałby pogardliwie wyśmiany, że zajmuje sie czytadłami. A według mnie ona jest genialna. Oczywiście na liście lektur nie ma Fleszarowej. Lista lektur z historii literatury pozostała prawie ta sama. To prawda, co mówi Witt- Brattström, że literatura kobieca dozowana jest w minimalnych ilościach i właściwie mimochodem. Szymborska jedynie doczekała się mocnego miejsca, bo za moich czasow wspomniało sie jedynie o niej, czytając przy tym jakies jej dwa wiersze wydrukowane w antologii poezji polskiej. Oto lista literatury kobiecej na tych męskich szowinistycznych studiach. Okres staropolski - w polskiej literaturze nie ma ani jednej białogłowy, ktora cokolwiek by napisała. Widac Polki były jeszcze wtedy analfabetkami. Żaden naukowiec jakoś nie dotarl do kobiecej literatury tamtych czasów. A jesli to zrobił, to jego praca nie figuruje na liście. Nastepna epoka to oświecenie. Na liście znajduje się 20 lektur obowiązkowych, same męskie! Na liście lektur uzupełniających znajduje się sześć tytułów i na tym szóstym, ostatnim znajduje się, nareszcie, kobieta - Maria Wirtemberska ze swoja powieścią "Malwina czyli domyślność serca". Lecimy dalej. Romantyzm. No to chyba sami wiecie kto znajduje sie w wykazie, bo przypuszczam, że Wasze nauczycielki od polskiego miały szajbę na punkcie romantyzmu i które maglowały w tę i z powrotem ciągle ten sam zestaw panów, przy tym jeden z nich nazywał nas kobiety "puchem marnym". Ta szajba pewnie bierze się stąd, ze na tych studiach im tez nieźle przeprano mózgi i wmówiono miłość do romantyzmu. Spokojnie jednak. Jest wśrod tłumu panów romantyków ciagle na swoim miejscu Narcyza Żmichowska ze swoją "Poganką". W pozytywizmie już więcej kobiet dorwało się do pióra. Oj, oj kogo my tu widzimy? Pani Konopnicka i pani Orzeszkowa! Aż dwie pisarki! Coś niesamowitego! Młoda Polska i tu znajduja się aż dwie panie - poetka Kazimiera Zawistowska i Gabriela Zapolska! Brawo! Dwudziestolecie międzywojenne, o! Tu możemy mowic juz o tłumie kobiet, bo aż sześć pisarek/poetek: Nałkowska, Kuncewiczowa, Dąbrowska, Jasnorzewska - Pawlikowska, Gojawiczyńska i w końcu nowość (bo za moich czasow jej nie było na liście) wielka Zofia Kossak! Wspólczesna literatura polska (1939 - 1989): Szymborska, Kamieńska, Świrszczyńska, Poświatowska, Lipska, Kuncewiczowa, Malewska. I tu kończy się historia literatury. A w literaturze powszechnej znajdziemy Emili Bronte i Jane Austin i to w literaturze uzupełniającej. Także filologia polska jest aż nabrzmiała od testosteronu. Kolejne generacje studentek kończa te studia z przeswiadczeniem, że literature tylko tworzyli mężczyźni! I piszą tysiaczna z rzędu pracę o Wokulskim albo Izabeli Łęckiej stworzonej przez faceta, albo o wielkich romantykach. Naukowcy nie wyciągaja z piwnic archiwów pogrzebanych tam pisarek, tylko wolą napisać kolejną rozprawę naukową na temat przeziębienia Mickiewicza, czy innego Słowackiego i jego (przeziębienia) wpływ na tworczość wieszcza. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że nie było więcej polskich pisarek na przestrzeni wieków. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ja studiowałam na stricte męskich studiach i uczyłam się świata widzianego ich oczami. A niech to jasna cholera trzaśnie! Na każdej filologii sztandarową i podstawową lekturą do obowiązkowego czytania powinien być esej Virgini Woolf "Własny pokój".  Tyle o studiach. A jak w dalszym ciągu oceniana jest literatura kobieca? Przekonajcie się sami, proszę oto link do artykułu Łysiaka. Sam tytuł daje już odpowiedź "Babskie pisanie" Chciałabym teraz usłyszeć jakiś komentarz tegoż miłośnika literatury kobiecej na temat nagrody Nobla przyznanej wczoraj kanadyjskiej pisarce Alice Munro za jej opowiadania, których bohaterkami są zwykłe kobiety stanowiące antytezę literackiej heroiczności, a treść opowiadań skupia się na zwykłym codziennym życiu. No i co pan na to, panie Łysiak? A kiedy pan dostanie Nobla za swoje epokowe dzieła? 
poetka Kazimiera Zawistowska
  
   
 
 

poniedziałek, 7 października 2013

Filozofia na co dzień czyli niech żyje chwila!

Smutek dnia - odejście Joanny Chmielewskiej. Szkoda, cholerna szkoda, bo czekałam na jej nowe powieści. Teraz pozostaje już czytanie tych starych już raz przeczytanych a niektórych nawet dwa razy. Lubię pisarzy o pgodnym usposobieniu, bo potrafią zarażać swoim humorem i wprawiają w dobry nastrój swoich czytelników. Zwłaszcza, gdy nie tylko pogoda jest pod psem, ale nawet chwilowo życie. Dobrze, że w samochodzie towarzyszy mi "Analfabetka, która umiała liczyć" - Jonasa Jonassona, tego samego, ktory napisał "Stulatka, który wyszedł przez okno i zniknął". "Analfabetka" jest po prostu niesamowicie zwariowana i prześmieszna. Do tego stopnia, że każdego dnia rano wstaję z łóżka z chęcią do życia i po szybkim śniadaniu pędzę do samochodu, by tylko móc słuchać dalszego jej ciągu. Poza tym melduję, że wszystko jest na przekór starogreckiej heraklitowskiej zasadzie zmienności panta rhei. Mam wrażenie, że tylko czas płynie, a cała reszta jakos stoi w miejscu. Ziemia sie kręci wokół siebie samej, słońce wschodzi i zachodzi, poniedziałek jest w poniedziałek itd. czyli wszystko jest na swoim miejscu, ciągle takie same. Na szczęście posiadam pewną cechę, potrafię ulec chwili i zapomnieć się w niej. Na przykład nagle zatrzymuję samochód, bo wjechałam w przepiękny jesienny, kolorowy krajobraz i muszę się na niego pogapić, pokontemplować, nasycić, wejść w tę chwilę. Taka jestem! A wiecie, ze kontemplacja to sposób czy rodzaj nawyższego poznania. Jeszcze tylko nie wiem, co ja takiego chce poznać, ale to nie jest dla mnie wlasciwie takie istotne czy ważne. Umiem cieszyć się chwilą. Nie tylko zachwycam się gałązką czy rosą na trawie, ale potrafię też zapatrzyć się w wędrującą mrówkę, ktora taszczy na swoim grzbiecie ciężar nie z tej ziemi lub stoję przy oknie zapatrzona w szybę, po ktorej spływają krople deszczu - liczę je, podziwam ich kryształową formę. Chodze po czarnym asfalcie, ktory teraz pokryty jest wspaniałym wzorem ułozonym z różnych liści, w róznych kolorach. Asfalt zamienil sie w dzieło sztuki! Bajer, po prostu bajer. Niech zyje chwila! Uważam, na przyklad, że moje chwile spędzone na parkingu w samochodzie, z kawą w kubku, obłożona kanapkami i salatkami w różnych pojemnikach (zielonych), słucham powieści, jem i po 20 minutach jestem jak nowonarodzona. Az sie sama sobie dziwię, że ja dawno temu nie wpadłam na taki sposób spędzania chwil z samą sobą i to z wielką przyjemnością.
PS. Nie spędziłam weekendu tak jak ten kot z mojego przedostatniego wpisu. Chociaż raz na jakiś czas może byłoby to wskazane, bo ja powoli zamieniam się w eremitkę.



a to ja - ten chłopiec z książką
        

poniedziałek, 23 września 2013

Zapisek jesienny

No i stało się! Wysłuchałam do końca ostatniego tomu powieści Guillou Mellan rött och svart (Między czerwonym a czarnym), no i teraz po prostu nie wiem jak ja mam żyć? W ogóle nie wiem czy życie ma sens. Teraz muszę znowu czekać cały rok na kolejny tom. Na ten ostatni tyle właśnie czekałam. Ten czwarty będzie o II wojnie światowej, która na ostatniej stronie trzeciej części właśnie się rozpoczęła zdaniem, że Niemcy napadli na Polskę. Dziadowska pogoda jeszcze bardziej pogłębia mój zdechły nastrój. W czasie lunchu pobiegłam do księgarni, by zobaczyć jakie tam mają nowości powieściowe na CD. Coś tam mają, ale opisy jakoś nie wzbudziły mojego zainteresowania, zatem księgarnię opuściłam z niczym. Zdałam się na radio. Miałam do wyboru - albo oklepana dzika, współczesna muzyka, albo "poważna" rozmowa na temat tożsamości seksualnej, bleeeeeeeeeeee! O tej tożsamości nie mogę już ani czytać, ani słuchać, ani oglądać. Zwłaszcza, że w tych tożsamościach można się już pogubić, tyle ich jest. Te genderowskie pierdoły nie wzbogacają mnie intelektualnie, a jedynie wprowadzają dezorientację i chaos w mojej głowie. Przełączyłam na "trójkę", a tam akurat ględzili o zdejmowaniu bluzek przez głowę. Okazuje się, że to może być problem. Tak! Taka bluzka oplatająca ciało często zatrzymuje się na biuście, trzeba nieźle szarpnąć, by móc się z niej wyłuskać.  Temat rozmowy wręcz powalający. Teraz chyba rozumiecie dlaczego muszę słuchać powieści. Chociaż jedna radiowa informacja z gatunku wiadomości rozbawiła mnie. Otóż szwedzka policja robi rejestr wszystkich zamieszkałych w Szwecji Romów. Gdy na świat przychodzi kolejne romskie dziecko, to od razu jest wklepywane do bazy policyjnej jako potencjalny złodziej. Za kilkanaście lat dane o nim będą jak znalazł. Policja sama zorientowala sie, że robi coś paskudnego, takiego bardzo nazistowskiego i sama na siebie złożyła doniesienie na...policję. Mimo pracy, jazdy i późnego powrotu do domu zrobiłam obiad na jutro i upiekłam bułki drożdżowe, te z cynamonem. No i tu skończyły się moje siły. Wieczorem wzięłam internetowo udział w Wielkim teście o polskim filmie. Całkiem dobrze mi poszło. Ale odpowiedziałam też niepoprawnie na kilka pytań. Na przykład: w filmie 'Pożegnania' Wojciecha Jerzego Hasa bohaterowie tańczą do piosenki Sławy Przybylskiej. Jej tytuł to: a) Pamietasz była jesień; b) To ostatnia niedziela. Zaznaczyłam "b". A na youtubie znalazłam tę uroczą piosenkę, a nawet caly film. Oto link do piosenki:
  A dla stworzenia przyjemnego jesiennego nastroju wklejam tu List z parku jesiennego Jeremiego Przybory. Voilá:
List z parku jesiennego

   
Jesień oto nadeszła z jej przysłowiową melancholią i jesiennie oddziałała na nas z przyjacielem. Szliśmy więc przez park jesienny w szeleście liści i myśli niewesołych, aż tu staruszka jakaś z mgły jesiennej się wyłania, podchodzi do nas i powiada:

- Nie poznajecie?

Więc my, że - oczywiście, poznajemy (bo jak tu dać bądź co bądź kobiecie do zrozumienia, że się zmieniła nie do poznania?), ale w gruncie rzeczy nie poznajemy. Owszem, staruszka miłej nawet powierzchowności, ze śladami minionej urody na licu, ale - kto taki, nie wiadomo. To znaczy - ja nie wiem i widzę po minie przyjaciela, że on też nie wie.

- A ja bym pojedynczo żadnego z was nie poznała, ale we dwóch to poznałam od razu - powiada wiekowa pani i dalejże sypać jakimiś szczegółami z naszej młodości, widać, rzeczywiście ktoś znajomy, tyle że nie wiemy, kto. Co prawda myliłem jej się z przyjacielem, bo przypisywała mi pewne fakty z życia przyjaciela. I na odwrót. Ale jako zespół złożony z dwóch osób znała nas całkiem nieźle. My natomiast, to jest ani przyjaciel, ani ja, nie mogliśmy sobie nadal ani rusz przypomnieć - kto zacz. Więc w rozmowie z nią lawirowaliśmy z trudem, żeby się nie zdradzić. Posuwaliśmy się przy tym wolnym krokiem i po kwadransie może tego wspólnego spaceru wyszliśmy z parku na ulicę, gdzie też z ulgą zaczęliśmy się żegnać z tak najwidoczniej bliską nam kiedyś, a nie zidentyfikowaną osobą. I oto, kiedy z głębokim szacunkiem składałem pocałunek na jej pomarszczonej dłoni, leciwa dama po- wiedziała znienacka:

- Właściwie to nie powinnam ci podawać ręki po takiej historii! Paskudnie się wtedy wobec mnie zachowałeś...

Spuściłem oczy, bo przykro jest takie słowa usłyszeć z ust wiekowej kobiety, ale znów nic sobie kompletnie nie mogłem przypomnieć.

- Paskudnie! - powtórzyła i łzy zakręciły jej się w oczach.

Musiało to być rzeczywiście niezłe paskudztwo, skoro pamięć mego postępku do dziś tkwiła w niej tak żywo.

- Gdyby nie on - tu staruszka spojrzała na przyjaciela z wyrazem bezgranicznej tkliwości - wykoleiłabym się. Tylko dzięki niemu nie zeszłam na psy! Nigdy mu tego nie zapomnę, nigdy!

Teraz przyjaciel spuścił oczy, bo wprawdzie miło jest takie słowa usłyszeć, ale absolutnie nie mógł sobie przypomnieć żadnego szlachetnego czynu, który by pasował do słów staruszki. Ta zaś długo wpatrywała się w swego dobroczyńcę i, w miarę jak to czyniła, wyraz tkliwej wdzięczności zaczął na jej twarzy ustępować wyrazowi niepewności, a potem - zakłopotania.

- A może mi się już pomyliło? - powiedziała z odcieniem wahania. - Bądź co bądź to już tyle lat temu... Może to ty zachowałeś się jak skończony świntuch?

Jakby na poparcie swych wątpliwości zwróciła te słowa do przyjaciela, obdarzając go moim imieniem, po czym zwróciła się do mnie, przypisując mi imię przyjaciela.

- A ty może okazałeś się taki wspaniały?... Nie, nie... To na pewno - on!... Chociaż... właściwie... Sama już nie wiem... Tyle to już lat...

I z tymi słowami odeszła, pozostawiając nas z dręczącą niepewnością: który ma w swoim życiorysie piękna kartę z tą staruszką, a który - paskudną? Który z nas był aniołem jej życia, a który świnią? Czasem wydaje nam się, że wolelibyśmy o sobie wiedzieć to drugie, niż nic nie wiedzieć. I zbyt późno, znużeni podrygami bezsilnej pamięci, dochodzimy do wniosku, że mężczyzna powinien wiedzieć o sobie, czy jest zły, czy dobry. Albo przynajmniej prowadzić porządne, systematyczne notatki.
         

środa, 18 września 2013

Wiadomości z ulicy

Dzisiejszy lunch, dwie wypasione czekoladowe mufinki kupiłam w sklepie spożywczym. stojąc w kolejce do kasy mój wzrok spoczął na gazecie, ktora na swojej stronie tytułowej głosiła prawie armagedon i to nadciągający z Polski. SMHI (Instytut meteorologii) ostrzega przed budzącą grozę, makabryczną i przerażającą deszczową pogodę z Polski.

ostrzega przed nową, kolejną polską ulewą. Zastanowiło mnie słowo "nya" - kolejna, nowa, bo sugeruje, że kiedyś wcześniej już coś podobnego nastąpiło, tylko kiedy? Nie pamiętam, by już wcześniej ostrzegano nas przed deszczem z Polski. Aftonbladet kocha takie dramatyczne tytuły,
zresztą jak na tabloid przystało. Brukowiec ten ma zasięg krajowy, zatem rozumiem, że ostrzegają przed deszczem całą Szwecję. Jak na razie, ten deszczowy chaos wyraża się zwykłym padaniem, ktore trudno nazwać ulewą. A w ciągu dnia spadło kilka kropelek.
Jedząc mufinki, chodziłam po centrum i oglądałam zmiany, które tam z dnia na dzień postepują. Zaobserwowałam, że szerokie schody potocznie nazywane - apberget, czyli małpia góra umiejscowione w samym środku miasta, zniknęły. Było to miejsce spotkań, głównie młodzieży. No i gdzie ta młodzież będzie teraz przesiadywać? Wiem, że młodzi zwoływali się na różnych forach internetowych, a nawet demonstrowali, by zaprotestować przeciwko likwidacji swojego ulubionego miejsca zebrań. Oczywiście, nikt ich nie chciał słuchać, a demonstrować zawsze wolno, takie jest prawo demokracji. No, nie?
tu znajdowały się schody
 
Każdy plac budowy w mieście jest otoczony siatką. Taki parkan można też wykorzystać do zademonstrowania swojego niezadowolenia.    
"Mieszkańcy Umeå
jesteście za czy przeciwko
kopalni niklu
w Tärnaby?"

Tak z kolei protestują Samowie (Lapończycy). I mają rację, że protestują ! Umeå wykorzystuje kulturę i  dziedzictwo Samów w swojej promocji jako stolicy kultury 2014, a z drugiej strony państwo wkracza na ich tereny, mając gdzieś samych Samów i usiłuje ryć w ich ziemi, mając rownież gdzieś, że są to tereny wypasu reniferów, z ktorych Samowie w końcu żyją. Nie musze chyba dodawać, że najwiekszym przegranym, gdy powstanie kopalnia będzie środowisko naturalne. No, ale interesy Samów nigdy nie były w Szwecji priorytetem państwa.
 Sofia Jannok - lapońska piosenkarka, śpiewająca po lapońsku jest ambasadorem kultury lapońskiej  w promocji nie tylko Umeå, ale calej Szwecji za granicą. Gdy chodzi o promowanie kraju i jego kultury (sic!), to nagle okazuje się, że lapońska kultura ze swoim kolorowym folklorem, joikowaniem (rodzaj ludowego śpiewu Lapończyków), reniferami, pięknymi, otwartymi krajobrazami jest świetnym materiałem na pokaz, który ma jak magnes przyciągać tłumy turystów. A co państwo proponuje im w zamian? Kopalnie niklu i to w pobliżu wioski mistrzów olimpijskich - Tärnaby. Dyskryminacja Samów ze strony rzadu szwedzkiego trwa w najlepsze. Rząd właściwie decyduje o Samach, ale bez Samów. Wyobraźcie sobie, że Lapończycy zaskarżyli Szwecję w ONZ za naruszenie praw człowieka. Komitet do spraw dyskryminacji rasowej ONZ skrytykował właśnie szwedzki rząd za nierząd dokonywany na Lapończykach. Rząd jednak zupełnie ignoruje tę krytykę i właśnie dał zielone światło do rozpoczęcia kopania trzech dołów w samym sercu wioski lapońskiej, dołów, które podzielą ją na pół i tym samym zniszczą pastwiska dla reniferów. Jest to co najmniej dziwna decyzja państwa, które na arenie międzynarodowej epatuje swoimi fantastycznymi prawami człowieka i ich przestrzeganiem i chce uchodzić za przykład do naśladowania w praworządności.
Jest już głęboka noc i teraz słyszę ulewę. Mam nadzieje, że jutro nie będe musiała na jakiejś tratwie dostać się do pracy. Dobranoc.