wtorek, 28 października 2014

Przejażdżka z mężem

2723 kilometry!!! Tak, wlasnie tyle przejechaliśmy z Ronnym w weekend. Gdy dotarłam do domu, myslalam, że podlogę ucałuję ze szczęscia, że już do niego dotarłam. Ronny zaprosil mnie na przejażdżkę, a nawet stwierdzil, że to ta nasza podróż poślubna, ktorej nigdy nie odbyliśmy. Nasza trasa to Umeå - Göteborg - Simrishamn niedaleko Malmö. Już dwa tygodnie temu Ronny zadowolony oznajmił: "Szykuj się do podróży"! "Taaak? A gdzie pojedziemy?" - zapytalam. "Do Göteborga, odwiedzimy Kristinę" (Ronnego siostra). Ociągałam się trochę, ale też wiedziałam, że nie tylko tęsknota za siostrą sprawila, że Ronnemu zachcialo się podróży. Kupno samochodu! Oto głowna przyczyna wyjazdu. A samochod podobno znajdowal się niedaleko Göteborga. Z jednej strony patrzylam w zadeszczone okno i smętny krajobraz i nie mialam żadnej ochoty, by opuścić mój przytulny, ciepły dom i poświęcić weekend na siedzenie w samochodzie. Ale z drugiej strony pomyślałam, że dobrze nam zrobi ten wyjazd. W końcu tak niewiele czasu spędzamy razem. Pobędziemy sami, pogapimy się na Szwecję, jeść będziemy gdzieś w przydrożnych restauracjach. Wyjechaliśmy koło południa, mimo że planowaliśmy, start jak najwczesniej rano, tak o siódmej, by śniadanie zjeść w Ikei w Sundsvall, a ja przy okazji pochodzilabym po sklepie i kupła to i owo. U nas jednak nic nigdy nie działa zgodnie z planem. Niestety wstaliśmy koło dziewiątej. Byłam niedospana, za oknem lało. Prawie godzinę zabrało wybudzenie się. Piliśmy kawę za kawą i cieszyliśmy się, że nie musimy do tego Göteborga lecieć samolotem lub jechać pociągiem, bo pewnie już byśmy na te środki lokomocji nie zdążyli. He, he, he...Po mieście też trochę krążyliśmy, a bo to trzeba było zatankować, a to znowu pożyczyć jakąś wielką przyczepę. I tak około 11.30 wyjechaliśmy za rogatki szarego i tonącego we łzach Umeå.
Umeå w deszczu
Tuż za miastem Ronny nagle walnął ręką w kierownicę. Zawsze tak robi, gdy nagle przypomni sobie o czymś czego zapomniał. "Co znowu?" zapytałam. "Cholera, zapomnialem włożyć do bagażnika osłonę na hak. Zdjąłem ją i położyłem na zderzaku. Nie martw się, odkupię ci ją". Nakazałam mu zatrzymać samochód. Wysiadłam i zobaczyłam, że osłona dalej siedziała sobie na zderzaku. Z trumfem sfotografowałam ją, a Ronnemu podetknęłam pod nos.

osłona na hak
  Pogoda sprawiła, że siedzieliśmy cicho w samochodzie. 


wjazd na potężny most, mega potężny. Podoba mi się, ale nie lubię
jeździć po nim. Wywołuje u mnie dreszcze.

na moście
Prawdę mowiąc chciało nam się spać, a nie gadać. Czas leciał. Przejechaliśmy Sundsvall i postanowiliśmy, że obiad zjemy w Tönnebro. Czyli tam gdzie zawsze, gdy jedziemy do Polski. 
mój obiadek, po prostu kotlet mielony, ktorego  od bardzo dawna nie jadłam
wnętrze - bardzo przyjemne  
 W Szwecji zawsze do obiadu wliczone są: sałatki, pieczywo, masło, napoje i kawa.
Pokonalismy 425 km, a przed nami było jeszcze 600 km. Jazde uprzyjemnialiśmy sobie sluchając powieści o tych zwariowanych emerytach, ktorą ja już raz sluchałam. Nie szkodzi. Ronny caly czas prowadził, więc chcialam, by sluchał czegoś wesołego. Z naszych obliczeń wynikło, że około 22-giej dojedziemy do Kristiny. W Gävle zjechaliśmy z E4 i skierowaliśmy się na zachód, czyli w poprzek Szwecji. Podróż nagle wydlużyła się, bo zamiast pędzić ponad stówą, byliśmy zmuszeni jechać tylko 80 km/h czy nawet momentami 60 na godzinę. Zamiast drzew przy drodze rósł szpaler kamer. O 17- stej było już czarno. Około pólnocy zdobyliśmy Göteborg. Wjechaliśmy do miasta i mimo telefonicznej nawigacji prowadzonej przez Kristinę wjechaliśmy na rozwidleniu szosy nie w to rozwidlenie, co trzeba. Drogi sa takie jak w Sztokholmie - pokręcone wielopasmówki, jedne nad drugimi i by wjechać na lewy pas, to paradoksalnie trzeba skręcić w prawo, przejechać pod spodem i potem szukać drogi, ktora łączy się z tą główną drogą. Wjechaliśmy w jakieś dziwne miejsce i koniec. Ronny wykrzykiwał, że nienawidzi takiego błądzenia, histeryzował, że w życiu do tej jego siostry nie dojedziemy, że go diabli chyba zaraz wezmą i nawet nie wie, gdzie my w ogóle jesteśmy. W samochodzie mieliśmy dwa iPhony, obydwa zaopatrzone w GPSy, ale mój mąż o takich finezjach w komórce nie mial nawet pojęcia. To chyba dlatego chciał, żebym mu towarzyszyła w podróży. Ten GPS pozwolił wjechać nam z powrotem na tę główną drogę, no i w końcu dojechaliśmy. Cia dzielnie tkwiła na posterunku i czekała na nas z kolacją. Reszta jej rodziny poległa. Siedzieliśmy w jej kuchni i gadaliśmy do czwartej nad ranem. Rano wstaliśmy około dziesiątej i w końcu moglam przy świetle dziennym obejrzeć ostatni nabytek mojej szwagierki. Proszę bardzo:
sprawiła sobie basen! Z podgrzewaną wodą!
 Niestety, nie skorzystaliśmy z kąpieli, ale zostalismy zaproszeni na wakacje. Zasiedliśmy do późnego śniadania

Podczas sniadania dowiedziałam się konkretnie, gdzie pojedziemy dalej. Miało to być "niedaleko"
Göteborga. O mało z krzesła nie spadłam, gdy dowiedzialam się, że jedziemy do jakiegoś Simrishamn oddalonego tylko 363 km od Göteborga. Ronny ma zupelnie inne od mojego wyobrażenie odległości. Podróż powinna trwać niecale 4 godziny. Wyjechalismy o 13-stej, a przyjechaliśmy do celu po 18-stej, ale po drodze w Halmstad wpadlam na chwilę do H&M, by kupić sobie sukienkę na pocieszenie, bo zaczynalam być powoli wściekła na Ronnego, na siebie, że dalam się zaprosić na tę podróż. Facet sprzedający samochód mieszkał w jakiejś wsi pod tym Simrishamn. Ronny zadzwonił do niego, gdy minęliśmy Malmö, by otrzymać instrukcje dojazdu do tej wsi, ktorej nazwy już nie pamiętam. Po rozmowie Ronny nie byl wcale mądrzejszy, bo połowy nie rozumial, co ten facet gadał. Na południu Szwecji ludzie mowią takim dialektem, ktory oni sami rozumieją. Oczywiście podaną przez niego nazwę zapisaliśmy z błędem. Weszłam w google, by znaleźć tę wiochę. No i nie moglam jej znaleźć, bo błędnie wpisywałam nazwę. Weszłam zatem w wikipedię i w końcu znalazłam wyraz, ktory w wymowie dosyć podobnie brzmiał do tego napisanego z błędem. To był strzał w dziesiątkę. Chwilami jechaliśmy wzdłuż morza i ja tęsknie patrzylam w nie z nadzieją, że może dostrzegę jakieś  swiatła z polskiego wybrzeża. Oczywiście zmrok zapadal w ekspresowym tempie, za chwilę zrobiło się zupelnie ciemno, także nie moglam robić zdjęć, a poza tym bylam zmęczona i przerażona, że teraz czeka nas droga powrotna do domu (czyli 1245,2 km do Umeå). Dojechaliśmy do chłopa. Mimo, że była tylko 18-sta, to egipskie ciemności sprawiały, że myslalam, że jest to środek nocy. Zobaczyłam ten "samochód", po ktory telepaliśmy się przez całe królestwo i o mało nie zemdlałam. Chłopy wciągały ten samochód na przyczepę. To pogaraszło sprawę o tyle, że od tej chwili mogliśmy jechać tylko 80/90 km na godzinę. Około 22-giej dojechaliśmy do Växjo. Początkowo planowaliśmy nocleg w hotelu Scandic. Jednak gdy zaczęłam przeliczać godziny, to doliczyłam się, że przez nocleg w żaden sposób nie dojadę na czas do pracy. Postanowiliśmy jechać. Ronny słuchał powieści, a ja rozłozyłam fotel i zasnęłam. Po dwoch godzinach obudzilam się i włączyłam kolejną powieść. Gdy przejechalismy przez Sztokholm, to po prostu na pierwszym lepszym parkingu przy drodze zatrzymalismy się i zasnęliśmy. Ronny wyglądal jak z krzyża zdjęty. Kolejny przystanek to znowu Tönnebro, znowu obiad, umyliśmy się, odświeżyliśmy i znowu w drogę. Myślałam, że zwariuję, ale nie zrobilam tego, bo byłam zbyt zmęczona. Na parkingu w Tönnebro obejrzalam dokładnie volvo, ktore tak bardzo podoba się Ronnemu. Oto one:

To jest antyczne volvo. Podobno będzie jak nowe za dwa lata i Ronny będzie mógł nim jeździć na wystawy i inne zloty samochodów - weteranów, ale już beze mnie. Oznajmiłam kategorycznie, że to był pierwszy i ostatni raz. Gdy będzie chciał sobie sprowadzić kolejnego grata, to może lecieć nawet na księżyc w te i z powrotem, ale nich sobie znajdzie inne towarzystwo, bo ja się więcej na takie podróżowanie nie piszę. Wróciłam do domu o 100 lat starsza, wymięta i obolała. A na urodziny dostanie w prezencie GPS.




środa, 22 października 2014

Moja wersja słodkiego życia

Środa. Cały dzień spędziłam z moimi koleżankami i kolegami z pracy na szkoleniu. Przyjechał ze Sztokholmu taki jeden objazdowy głosiciel mądrości, ktory gadał, gadał i gadał. Stał na scenie w auli i czytał nam na głos swoje prezentację, bez ktorych żadne szkolenie, zebranie, konferencja nie może po prostu się obyć. Facet przypominał z fizjonomii Woody Allena. Gdy to powiedziałam siedzącym obok mnie kolegom, to przyznali mi rację i zrobiło się jakoś wesoło w naszym rzędzie, a my z napięciem czekaliśmy na jakieś dowcipy. Niestety. Quasi Woody Allen nie posiadał  jednak skłonności do intelektualnego humoru. Najpierw głosno czytał nam to, co było widać na prezentacji, a potem, nam idiotom, tłumaczył  to, co przed chwilą przeczytał. I tak od rana do 16 - stej. Gdyby nie był ograniczony czasem, to gadałby tak do tej pory. Takie odnoszę wrażenie. Oczywiście mieliśmy czas na wytchnienie. Dwie przerwy na kawę i ciastko lub bułkę z plasterkiem sera i maciupeńkim kawałeczkiem czerwonej papryki. Jakaś taka biedna była ta kanapka. No i oczywiście przerwę na lunch.  Firma sponsorowała. Podczas lunchu prowadzilam konwersację z kolegą Anglikiem na temat kur. Wymienialiśmy się swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi zdrowego chowu tego sympatycznego jajkodajnego ptactwa. Pokazalam mu nawet zdjęcie mojego koguta Picassa, bo te noszę w komórce. Po tym siedząco - sluchającym dniu wróciłam strasznie zmęczona i przemarznięta. W auli było zimno, bo wentylatory tak dmuchały, że aż zasłony fruwały. Na szkolenie poszłam ubrana służbowo - żakiet, biała koszula, do tego fantazyjny szal. Słuzbowa elegancja. I nie wiem po co skoro właściwie pół dnia przesiedzialam w kurtce w tej zimnej auli.  Na zewnątrz było jakoś lodowato . Powietrze przywędrowało z Arktyki, chociaż temperatura wynosiła 0 stopni. Także jutro ubiorę wełniany sweter i dziergany szal, a nie jakieś tam żakiety. Teraz siedzę w mojej ciepłej kuchni, za oknem minus 7 stopni i oglądam La dolce vita Felliniego. Przed chwilą zaczął się ten film. Od razu mam ochotę pojechać do Rzymu. A ten Marcello Mastroianni bosko przystojny. A kobiety wywołują tęsknotę za pieknymi sukienkami lat 50/60 - siątych.  Jedna z pieknych pań właśnie powiedziała: "Rzym! Jakie nudy!" A Anita Ekberg, która gra Sylwię - szwedzko - amerykańską gwiazdę filmową przybyłą do Rzymu  oznajmiła, że w życiu ceni sobie najbardziej trzy rzeczy: "miłość, miłość, miłość". A jutro zamiast Rzymu czeka mnie moje la dolce vita - mroźny i prozaiczny dzień pracy.  Zapomnialam dodać, że Ronny powiedział mi ostatni njus , ktory uslyszal w radiu. Otóż papież Franciszek odda czy oddał swoją czapkę na aukcję, a pieniądze przeznaczy dla romskich żebraków w Szwecji. Coś takiego! Czyżby szwedzki socjal nie miał już pieniędzy?

niedziela, 19 października 2014

Filmowa niedziela

Co za beznadziejna niedziela! Szaro-buro-ołowiana, do tego cały dzień mżawka i zimno. A do kur trzeba było pójść, no i te ziemniaki leżące w oborze (chyba tak nazywa się ten budynek) trzeba było oczyścić z piachu i posegregować. Zasiadłam wreszcie przed telewizorem, by w końcu obejrzeć w całości jakiś film, kupiłam nawet orzeszki solone na tę okoliczność i okazało się, że w polskiej TV nie ma nic do oglądania. Albo filmy ze strzelaniną, albo "Czterej pancerni i pies". Czy w tej telewizji nie dają czegoś normalnego? Albo w kółko "07 zgłoś się", albo action, aż w końcu na TVP Kultura znalazłam jakiś psychologiczny, ambitny film, ale po 15 minutach patrzenia razem z bohaterką filmu na rzekę stwierdzilam, że ta psychologia coś za wolno się rozkręca i dałam sobie spokój. Film miał tytuł "Koniec wakacji". Na kanale Kino Polska to od roku leci "07 zgłoś się". Czy to jest jedyny polski serial, no właśnie serial i na kanale TVP Seriale też jest to nieszczęsne "07", no ile mozna!!! Dzisiaj w Umeå odbył się w kinie specjalny seans filmu "Wałęsa. Człowiek z nadziei" dla naszej Polonii . Wybierałysmy się, a jakże. Namawiałyśmy również naszych mężczyzn, bo film jest opatrzony szwedzkim tekstem i za przeproszeniem g... z tego wyszło, bo się nam godziny pomyliły. O 17.03 zadzwoniła do mnie Paulina z wieścia, że filmu nie obejrzymy, bo właśnie się zaczął. "No, jak to zaczął?!-  krzyknęłam w sluchawkę - przecież zaczyna się o 18 - stej!". W pierwszym odruchu pomyślałam, ze to może ostatniej nocy przestawiono czas na zimowy, stąd ta pomyłka, chwilę później jednak  rzuciłam sie do laptopa, by sprawdzić ogłoszenie, no i mina mi zrzedła. Jak byk było napisane "Seans o godzinie 17.00"! Bladego pojęcia nie mam, dlaczego cały czas byłam nastawiona na 18 - stą. Cały tydzień czekałam na niedzielę, by pójść i zobaczyć ten film i okazało się tylko, że ja czytać nie umiem. A już na pewno czytać ze zrozumieniem. A ja sobie nawet włosy ułożyłam, perfumą spryskałam i guzik z tego wyszło. Poszłam zrezygnowana do kur. Zrobiłam obiad na jutro - lasagne. No i w końcu rozłożyłam się przed telewizorem na polską wersję "Rolnika". Jednym z rolników jest pan Staś, który w gadce o miłości przywołał postać Wokulskiego. To nie rokuje dobrze, bo skoro dla niego Wokulski to wzór, to z miłości nic nie wyjdzie i chyba każdy o tym wie. Dostanie kosza. Pan Staś należy do starszego pokolenia starych kawalerów i chyba pozostanie  w tym stanie do końca życia skoro chce sie bawić w Wokulskiego. Inny rolnik wyciągnął dziewczynę do jakiejś romantycznej restauracji czy kawiarni i rzucił się do całowania. Dziewczyna jednak wcale, ale to wcale nie miała ochoty całować sie z nim. Twarda. I bardzo dobrze! W szwedzkiej tv jest tez samo badziewie. Dobre filmy puszczają wtedy, gdy jestem w pracy, a powtórki nadają o jakiejś trzeciej rano. Nie wiem kto i dlaczego tak dziwnie układa program telewizyjny, ale ta osoba musi być niechętna telewidzom. Wiadomością numer jeden jest w tej chwili rosyjska uszkodzona łódź podwodna, ktora ugrzęzła w archpelagu sztokholmskim. Jednym słowem teraz trwa w Szwecji polowanie na Czerwony Październik. A mnie nie wiem dlaczego w związu z ta marynistyczną akcją przypomniala sie piosenka Big Cyca "Do Sztokholmu wpływa prom, ćpuny ciesza sie z daleka, to Polacy wiozą amfę, juz pół miasta na nią czeka. Młodzi Szwedzi, głodni Szwedzi zaczynają już coś bredzić, a polska witamina krąży im po żyłach, czasem wpada jakiś kurier, to normalne jest ryzyko, każda mafia ma to w dupie, że kurierzy dla niej giną" (Big Cyc, Prom do Sztokholmu). Koniec. Zraz dobijamy do północy. Jutro do roboty, a mnie się nie udało, jak niedziela długa i szeroka, obejrzeć ani jednego filmu!

sobota, 18 października 2014

Renée w szkole

video

Moja Renée robi różne rzeczy w szkole. Na przykład czasami uczy się, je lunche, a nawet podwieczorek. W czasie lunchu, przerw czy podwieczorków przychodza jej dziwaczne i komiczne pomysły do głowy. Tak jak na tym filmie. Ten film rozśmieszył mnie tak bardzo, że aż musiałam go tu Wam pokazać. Oto wielkie wejście Renée!  

wtorek, 14 października 2014

Na co komu chłop w domu?

Z dnia na dzień jesień coraz bardziej traci swój urok. Jest mokro, wilgotno, deszczowo. Drzewa, szczególnie brzozy już wyłysiały. A dzisiaj rano zamiast deszczu padal śnieg. Na szczęście temperatura jest plusowa i ten snieg znim dotknął ziemi, to znikał. Własciwie to jest listopadowo, a wczoraj w gazecie straszyli, ze przed nami ciężka zima z ekstremalnie niskimi temperaturami. Niedlugo przekonamy się, czy te przepowiednie sprawdza się. Pogoda jest w tej chwili taka, ze powinna wlaściwie dolować czlowieka i wpędzac go w chandrę. Ale nie mnie. Czas w pracy mam tak szczelnie wypelniony, że nie mam czasu na nastolgie, chandry i zdołowany nastrój. Chociaż, przyznam szczerze, że na ten okres nijakiej pogody wolałabym przeobrazić sie w panią domu. Chciałabym piec smakowite ciastka, wyszywać serwetki, czytać prasę, piłowac paznokcie, dbać o urodę i dom oraz spokojnie planować i podawać rodzinie wykwintne obiady. Co by tu feministki nie głosiły, to jednak to kobiety moszczą dom.  To, co kiedyś wydawało mi się męczącym i nudnym obowiązkiem, kolem młyńskim dyndającym u szyi, dzisiaj jest moim marzeniem. Możliwe, że chłopy też może sobie całkiem nieźle radzą na polu domowym, chociaż z tym może bywa różnie, ja osobiście nie jestem tego pewna. Może widzieliście jak jeden taki pomysłowy Dobromir z Norwegii usiłował włączyć odkurzacz. Jesli nie to popatrzcie, a jak klnie przy tym:

Moj mąż też zasługuje na pochwałę, za to że zrobił najszybsze pranie na świecie. Wczoraj wieczorem nadąsany i lekko obrazony na mnie, za to, że zmęczona i zirytowana warknęłam na niego, poczlapał do pralni, by wstawić swoje ciuchy do prania. Słyszałam z kuchni jak wyciąga szufladę, napelnia ją proszkiem, a potem głosno i demostracyjnie zamyka ją i coś tam do siebie pod nosem mrucząc startuje to dziwne urządzenie zwane pralką . A do moich uszu doszedł...dźwięk wirówki. Po kilku minutach nastala cisza. Poszlam do pralni, otworzylam pralkę i zaczęłam się glośno smiać. Zawolałam do obrażalskiego, że jego ciuchy już są nie tylko wyprane, ale też i całkiem suche. Zerwal się z sofy i przybiegł do pralni. "Tak szybko!?" wykrzyknął bardzo zdziwiony. "Chłopie, przecież ty wstawileś końcowe wirowanie". Męska duma, nie pozwalala mu jednak zapytać mnie, ktory program ma wybrać. Wbił wzrok w pokrętła jedno z temeraturą, a drugie z alfabetem i zaczął nimi kręcić ględząc podobnie, jak ten Norweg na filmie, tylko nieco ciszej. Stalam i patrzyłam na każdy ruch jego reki. W końcu nie wytrzymał i zapytał zupelnie pokonany "to co mam wybrać?" Nie warto się obrazać na żonę, pomyślałam sobie. Przyszła koza do woza! Nie udzielilam mu tak od razu pomocy, tylko zapytalam, jaki rodzaj prania sobie życzy. "Łagodny" odpowiedział. "To ty wsadziłeś do tej pralki wełniane ciuchy?" "Nie, moje robocze". "Coś takiego! I ty chcesz, żeby te twoje robocze łachy wyprały się w 30 stopniach?" Stał osłupiały, wyglądał jak bezradny znak zapytania. Okazałam jednak dobre serce i wybrałam odpowiedni program.  

niedziela, 12 października 2014

Zaskakujący mecz Polska - Niemcy

Tak mnie ogluszyło zwycięstwo Polakow w meczu z Niemcami, że po prostu zaniemówiłam. Postanowilam przespać się z tą radosną nowiną, by móc rano znaleźć potwierdzenie, że to najprawdziwsza prawda. Wynik niesamowity 2:0! Nawet w najodważniejszych marzeniach nie przypuszczałam, że polska druzyna potrafi jednak grać w nogę i dokopać mistrzom świata. Niemcy są zapewne tak samo zaskoczeni jak i ja. Z tym, że ja jestem w przeciwieństwie do nich zaskoczona bardzo pozytywnie. Chwilę po tym historycznym zwycięskim meczu poczytalam szwedzką prasę, a tam same tytuły - "Dzika radość - pokonanie mistrzów świata", "Pierwsze zwycięstwo nad Niemcami". "Dziś wieczorem Polska zapisała się w historii!", "To jest wielki dzień dla Polakow", "Historyczne zwycięstwo Polaków", " Niemcy  mistrzowie świata nigdy nie przegrali w pilce nożnej z Polską. Aż do sobotniego wieczoru w eliminacjach do mistrzostw Europy!" Przyjemnie się czyta takie teksty. Gdyby Niemcy wygrali nie zawracałbym sobie głowy przeglądaniem sportowych wiadomości.

Rzadko się zdarza, aby dzień zakończył się aż tak radośnie! Cały dzien był cudowny, z fantastycznym obiadem - stek z łosia, po prostu bajka! To był mój kulinarny debiut. Nigdy jeszcze nie przygotowywałam takiego obiadu z łosia. Paulina i ja świetnie z sobą współpracowałyśmy.
Do tego wyśmienitego mięska Paulina wyczarowała sos z kurek, do mięska oczywiście ziemniaczki, sałatka z fetą i moglismy wcinając te smakowitości znaleźć się w siódmym niebie. A jak jeszcze popiło się do obiadu wino z Alzacji, to stawalismy się wręcz liryczni.   
No i ten mecz na koniec soboty. Wysłuchałam hymnów - niemieckiego i polskiego i z wielkim sceptycyzmem i obojętnością oznajmiłam, że za jakieś pięć minut będzie 1 : 0 dla Niemców. Nic takiego się nie stało, ani po pięciu, ani po dziesięciu, ani po kolejnych minutach. A potem nagle ba - bam! Czekalam, że może sędzia odgwiżdże, że spalony, a tu nic. 2 : 0 zamurowało mnie. Moi Szwedzi też nieco zdziwieni, że wielkie Niemcy aż tak przegrali. To był zadziwiający mecz. W polskich doniesieniach prasowych wyczytałam, że "Polacy grali jak zawsze, wygrali jak nigdy". Święta prawda! 
A teraz czas na naleśniki, które smaży Paulina. Do zobaczenia :) 

piątek, 10 października 2014

Blisko, coraz bliżej...

Paulina udała się dzisiaj w kierunku północno - zachodnim, czyli w głąb lądu - do Lycksele położonym  tylko 128 km od Umeå i przed chwilą przysłała zdjęcie stamtąd. Proszę bardzo, nic tylko usiąść, załamać ręce i zacząć płakać:
 W dodatku ten las jest w stanie zmasakrowanym, Mocno wycięty. Przynajmniej świadczy o tym ten tu na zdjęciu. Podziwiam ją, bo ja sama nie chciałbym krążyć po takim lesie. Chociaż powietrze może być całkiem przyjemnie. Nie jest to zima w pelni, ale już jej zapowiedź. U mnie, na szczęscie, za oknem jest w dalszym ciągu zabawnie szaro tak, jak na jesień przystało. Głownym zadaniem na popołudnie jest przekopanie domu i znalezienie podłuznego etui, takiego od jublilera, w ktorym znajdowały się bursztynowe precjoza - broszka, 2 wisiorki, jeden nawet na długim srebrnym łańcuszku i kilka jakichś innych mniej interesujących ozdóbek. Leżało sobie to etui spokojnie na komputerowym biurku. Wczoraj stwierdziłam jego nieobecność. Przesluchania domowników  nie wniosły nic nowego do rozwiązania zagadki tajemniczego zniknięcia cennego puzderka. Nikt nic nie wie, a co gorsza nikt go nawet nie widział!!! Nie wiem, co się dzieje. Czy ja powoli zapadam na utratę pamięci? Dlaczego ja tylko pamietam, ze ono tam lezało na tym biurku (sama je zresztą tam położylam), a dlaczego nie pamiętam, że być może ja, przenioslam je w inne miejsce. No i kolejne pytanie, w ktore miejsce?! Chyba oszaleję. Musze je znaleźć. Nie będę mogła normalnie funkcjonować, gdy ono nie pojawi sie na swoim starym miejscu. To niemożliwe, żeby rzeczy znikały w jakiś nadprzyrodzony sposób. A może? To etui z zawartością należało do mojej teściowej...  

środa, 8 października 2014

Komentarz do Jesieni w mieście

Okej, Napiszę kilka słów dotyczących mojego fotograficznego wpisu. W czasie lunchu postanowilam przejść się, bo ta jesień taka kolorowa i taka uwodzicielska, i taka naklaniająca do refleksji. Zapuścilam się w zupelnie nieznany mi obszar miasta. Nie wiem po co akurat tam, bo ja przecież mieszkam w lesie, a gdy jadę do miasta, to powinnam raczej chodzić po centrum i oglądać wystawy sklepowe. Wybrałam jednak inaczej, chyba z tęsknoty za domem. Myślałam, że to jest park. Myślałam, że w tym parku są ławki. Niestety, żadnych ławek nie było, a park okazał się lasem. Szłam, szłam, szłam, a  obcasy moich botków, tzw. ankle boots zapadały się w mokry mech. Nade mną wisiało ołowiane niebo i gdy doszłam do jakiejś polanki, a na trasie nie spotkałam ani jednego czlowieka, to nagle poczułam się przeraźliwie samotna, przestraszyłam się i po prostu zwiałam z tego lasu. A bieganie w obcasach po mokrym mchu wcale nie jest takie proste. Zwolniłam, gdy między drzewami zaczął prześwitywać parking, na ktorym zostawilam moj samochód. Wsiadłam, zatrzasnęłam drzwi i zablokowałam je. Szybko odjechałam z tego ponurego miejsca. Chociaż zdjęcia "mówią" coś innego. Robiłam je jednak w drodze do lasu, zanim ogarnął mnie lęk. No, chyba nienormalna jestem! Wydawało mi się, że ktoś podąża za mną. Pojechałam do cywilizowanej części miasta. Weszłam do sklepu i kupiłam sobie lunch. Rozpadał się deszcz.
W samochodzie było ciepło, sucho i przytulnie. Jadłam swój lunch i słuchałam powieści. Ostatni raz słuchalam jej dwa lata temu. Jest baaaaaaardzo dobra. Czułam się bezpiecznie, a mój puls wrócił do równowagi. Wiem jedno -już więcej do tego lasu nie pójdę. Byłam, przestraszyłam się, zwiałam. Mój las, w ktorym mieszkam jest przyjazny i nie budzi we mnie żadnych lęków ani chęci ucieczki.
Jeśli chodzi o śmierć Anny Przybylskiej, to nie była ona dla mnie żadnym zaskoczeniem. Od znajomego aktora, w Gdańsku dowiedziałam się, że Przybylska trafiła do hospicjum już w lipcu. To była już tylko kwestia czasu. Moja teściowa zmarła na tego samego raka. Widziałam jej walkę, widziałam wszystkie stadia postępowania tej wrednej choroby i dowiedziałam się, że ta choroba wygrywa. Straszne!!! Po prostu straszne, wstrząsające, tragiczne i przeraźliwie smutne.

Jesień w mieście








A teraz lunch w towarzystwie "Czarującego mężczyzny".

poniedziałek, 6 października 2014

Pierogi i ziemniaki

Właściwie powinnam już leżeć w łóżku, ale co tam! Napiszę kilka słów. Weekend minął jak? Wiadomo, błyskawicznie! Był jednak inny niż większośc pozostałych. Piątkowy wieczor mogę nazwać wieczorem pod polskim pierożkiem. 9 ladys przyjechało z różnymi farszami i wałkami, a kuchnia zamienila sie w pierogarnię. Na stole odbywalo się zbiorowe wałkowanie, a z różnych pojemników wyglądały farsze - kapusta z borowikami, mięsny i ruski. Ronny był w tym czasie w pracy, lepiej dla niego, bo uprzedziłam go, że wieczorem przyjadą do mnie uzbrojone po zęby w wałki kobiety. W dodatku same Polki. Kuchnię rozsadzał śmiech, chwilami gadałysmy wszystkie jednoczesnie, także ciężko właściwie powiedzieć o czym my rozmawiałyśmy. Wyobraźcie sobie, że w ogole nie rozmawiałyśmy o facetach (tak jak to się facetom wydaje), poruszałysmy między innymi tematy teologiczne, tak, tak. Bo my przy tym stole tworzyłyśmy zespół katolicko - protestancki. A jedna z pań niedługo zostanie pastorką. Otarłyśmy się o politykę, ale tylko gdy zasiadłyśmy do pierogowej wieczerzy na mojej werandzie. Wbiłam widelec w ruskiego pieroga i oznajmiłam, że własnie za chwilę zjem Putina. Ruskie pierogi ochrzciłyśmy "putinki". Ruski pierożek posłużył jako lalka woodoo, w ktorą zamiast igieł wbijało się widelce. Podsumowując wieczór mogę z całą pewnością powiedzieć, że byl wesoly, smaczny i tym samym bardzo udany.





Zaczęłyśmy zastanawiać się, kiedy urządzimy sobie kolejny wieczór i co będzie jego głównym motywem. Któraś z pań zaproponowała chrusty. Pomysł uważam za wspaniały, bo chrusty uwielbiam i na pewno szybciej i sprawniej się je zrobi w towarzystwie. Chrusty zresztą przypominają mi pewien dzień z dzieciństwa. Byłam chora (jak zwykle), przykuta do łóżka, a tu ktoś zadzwonił do drzwi. Mama otworzyła, cos tam z kimś pogadała i do pokoju wróciła z paczką dla mnie. Paczka była lekka, ale gdy ją otworzyłam, to po brzegi była wypełniona faworkami, ktore moja ukochana babcia specjalnie dla mnie zrobiła i wysłała do swojej jedynej i w dodatku chorej wnuczki. To się nazywa miłość! W zasadzie fajnie było chorować, bo wtedy dostawałam prezenty, by szybciej wyzdrowieć. Najwięcej wśród prezentów było książek. Dzięki chorbom stałam się właścicielką komiksów "Tytus, Romek i A´Tomek"i powieści: "Przygody Tomka Sawyera", "Sezamowe baśnie", "Podróże Sindbada żeglarza", "W 80 dni dookoła świata", "Królestwo baśni" i wiele, wiele innych.
Sobotę poświęcilam na wykopki. Paulina już ponad tydzień temu zaczęła zbierać ziemniaki, udało jej się przeorać dwa rzędy, no ale teraz byl czas, by już zamknąć temat ziemniaków. W szarą, wilgotną, ale dosyć ciepłą sobotę zaatakowałyśmy motykami pole. Gdy taczka i wiadra zapelnily się nimi, to odtransportowalyśmy je do obory, by rozlozyć je na foliach na podłodze, by przeschły. Na podłodze lażały, suche już ziemniaki, ktore trzeba bylo zapakować do skrzynek. Czulam się jak archeolog. Każdego ziemniaka czyścilam miotełką z piachu i wkladałam do skrzynek. Nowe ziemniaki rozlozyłam na podłoze i przykrylam gazetami. Wrocilam na pole do Pauliny. Prowadziłyśmy wszelkiego rodzaju pogawędki od tematow trywialnych do filozoficznych. Niektore ziemniaki mialy śmieszne ksztalty - na przyklad jeden wyglądal jak kobieta, a drugi jak mężczyzna. Nazwalysmy je malżeństwem. Kilka wielgachnych ziemniakow, doslownie kilka, było miękkich na czubku i te z wielką przykrością wyrzucalyśmy. Stwierdzilam, że czuję się jak doktor Mengele, ktory dokonuje selekcji, ktorzy pójda na śmierć od razu, a ktorzy dopiero za jakiś czas. Paulina oczywiście rozesmiala się i powiedziala, że ja to mam już tak dziwne skojarzenia - od archeologa do Mengele. W związku z Mengele opowiedziala mi o jednym takim kontrowersyjnym artyście ulicznym z Umea, ktory aktualnie siedzi w więzieniu za rasizm przeciwko jakiejś grupie ludzkiej. Nie byla pewna tylko, o ktorą grupę chodziło - Żydow, muslimów, czarnych czy homo. On zresztą kpi z wszystkich i wszystkiego. Na przyklad w jednym swoim akcie sztuki określił Mengle "lekarzem bez granic". Ten artysta nazywa się Dan Park i ma nawet swoje miejsce w Wikipedii, niestety tylko w jej szwedzkiej wersji. W każdym razie facet ma na swoim koncie już kilka wyroków, ale zawsze byly w zawieszeniu, w końcu jednak trafil do paki za obnoszenie się ze swastyką wpiętą w klapę marynarki i za jakąś swoją wystawę w galerii w Malmö. Obrazy byly podobno tak rasistowskie, że nawet wlaściciel galerii dostal wyrok w zawieszeniu i wielką kare pieniężną. Na internecie jest pełno jego rysunków, no i rzeczywiście sa one dosyć prowokujące.
w dole zdjęcia - zawartość jednego wiadra

przerwa w wykopkach na kawę i ciastko jabłkowe
Niedzielę zaś poświęciłam, cała połamana zresztą, na spacerach i gotowaniu zupy ogórkowej.
           

czwartek, 2 października 2014

Rasistka Pippi

Kilka dni temu dowiedziałam się, że moja ukochana bohaterka, silna, samodzielna, odważna dziewczynka o imieniu Pippi jest niepoprawna politycznie. Pippi jest nie tylko bohaterką wszech czasów, jak się okazuje jest również rasistką.  No i co ja mam powiedzieć, kiedy szarga się dobre imię mojej idolki? Moja miłość do Pippi to miłość od pierwszego spojrzenia. Chodzilam może do drugiej lub trzeciej klasy, kiedy w polskiej TV zobaczylam pierwszy odcinek szwedzkiego serialu o Pippi. Pamietam, że nie moglam się doczekać kolejnych odcinków. Wierzyłam święcie, że Pippi jest naprawdę silna, gdy podnosiła swojego konia do góry. Bardzo podobal mi się jej stosunek do śniadań (tort), do szkoły, a przede wszystkim do dorosłych. Nawet teraz, gdy przede mną otwiera sie perspektywa sprzątania domu, to na myśl przychodza mi pomysły Pippi - brudne naczynia zwijała w obrus i po prostu brudy wyrzucała. Aż żaluję, że Astrid Lindgren nie dożyła dzisiejszych czasów, a może lepiej dla niej. Chciałabym usłyszeć jak broniłaby się przed zarzutami i to takiego ciężkiego kalibru. Szef sklepu z pamiątkami w Vimmerby (tam znajduje się miasteczko Pippi innych bohaterów powieści Astrid) dosyć szybko opamiętal się i zrozumiał, że zyje w państwie absolutnej poprawności politycznej i żeby nie zbankrutować lub być odsadzonym od czci i wiary szybko wycofał z asortymentu sklepu zasłonki z obrazkami przedstawiającymi dwie Murzynki wachlujące Pippi.
 Skandal!!! Prawda?
Teraz szwedzka telewizja postanowila odświeżyć ten stary serial. Odswieżanie polega na usunięciu kilku słów. Jedno z nich dotyczy ojca Pippi, ktora mówi o nim, że jest królem murzyńskim, a inny kawalek do wycięcia to sama Pippi, ktora na ukos rozciąga swoje powieki udając, że jest Chinką i wydaje z siebie dźwieki typu "jingciangciąg". Przecież Chińczycy mogą się obrazić za to, że mają skośne oczy. Prawda? Na fejsie już powstała grupa, ktora zabrania cenzurowania Pippi, ale przypuszczam, że jest to wolanie na puszczy. To im wolno zrobić w ramach wolności słowa. Pippi jednak już ma tę wolność ograniczoną.