Pranie. Pakowanie. Przymierzanie. Paulina wyciąga eleganckie ciuchy, bo stwierdziła, że nie jedziemy do dżungli, tylko do eleganckiego miasta i nie będziemy wyglądać jak traperzy. Najbardziej męczy problem butów. Ja nie posiadam zadnych adidasow czy w ogole obuwia pod etykietą "sportowe". A pamiętam gehennę jaką przeżyłam w Barcelonie z powodu obcierających mnie butów. Czegoś takiego nie chce przeżyć jeszcze raz. Poza tym z doniesień meteo musimy przygotować sie na deszcz. No i znowu te buty! Przecież nie będe jechać w kaloszach czy się z nimi targać. Poza tym nie mam takich "miejskich" gumiaków, tylko takie leśne. Wezmę dwie pary spodni, dwie bluzki, dwa swetry, cienka puchowa kurteczkę - modne! Bo mimo, że jest tam około 15 stopni, to upałem chyba tego nazwać nie można. Biegam między kuchnią, a walizką, zaraz wywieszę pranie. No i do tego brzuch zaczyna mi wysiadać, jak to zwykle przed podróżą. Najważniejsze nie zapomnieć szczoteczki do zębów.
Jest to niedokończony wpis z soboty. Wczoraj o godzinie 19.30 wylądowalyśmy na lotnisku da Vinci w Rzymie. Do hotelu Champagne Garden dotarłyśmy około 22-giej. W recepcji powitał nas starszy jegomość, dał mapę Rzymu, gadał szybko jakimś dziwnym anglowłoskim, pozaznaczał jakimi drogami gdzie dojść, chociaż wszystkie drogi podobno prowadzą do Rzymu. Hotel z czterema gwiazdkami mieści się w starej, bo liczcej sobie 200 lat kamienicy, ma marmury na podłogach i marmurowe schody. Winda zawiozła nas na drugie piętro. Zostawiłyśmy manele w pokoju, trochę odświeżyłyśmy po podróży i udałyśmy się na zwiedzanie miasta nocą. Włoczyłyśmy się do godziny drugiej. O godzinie 00.30 zjadłyśmy w jakiejś knajpce makarony z czymś tam. Te słynne włoskie pasty. Siedziałyśmy na zewnątrz i moja kawa latte i te pasty stygły w zastraszającym tempie. Zachwycałysmy się wszystkim, ale zimno było jak cholera. No, my na upały w Rzymie na pewno nie będziemy narzekać. Zrobiłyśmy rundę z mapą w garści, ale coś kiepsko nam szło odczytanie mapy i błądziłyśmy, zapuszczałyśmy się w ciemne i wąskie uliczki, wchodziłysmy i schodzilysmy różnymi schodami i obawiałyśmy się, ze nie znajdziemy drogi powrotnej do hotelu. Obejrzałyśmy całą pólnocną część starego miasta z wyjątkiem fontanny di Trevi, do ktorej nie wiem dlaczego, po prostu nie trafiłyśmy. Po północy nie było już tłumów, tylko gdzieniegdzie natykalysmy się na grupki ludzi. A po ulicach nie jeździło dużo samochodów. Śmieciarki ruszyły do akcji. Bo musicie wiedzieć, że w nocy te ulice i uliczki były normalnie zasyfione wszystkimi możliwymi smieciami. Po powrocie, jeszcze w nocy do hotelu. walnęłyśmy się na twarde łóżko. Mamy jedno wielkie łoże, przykryłysmy się prześcieradłami, a na te prześcieradła położyłyśmy koce. I dalej nam było zimno. Pokój sklada sie właściwie z wielkiego łoża, jednej szafy i biurka, na ktorym stoi pękaty niewielki telewizor. No i tyle. Przed wyjazdem Paulina otworzyla rozmowki włoskie i tak po prostu na chybił trafil odczytała pierwsze lepsze zdanie, a było to pytanie o gniazdko elektryczne w pokoju. Śmialysmy się z tego zdania, że w rozmowkach znajdują się takie jakieś idiotyczne pytania. Na miejscu okazało się, że wcale nie bylo ono takie głupie. W pokoju jest jedno gniazdko z rozgałęźnikiem na trzy wtyczki. Mojego laptopa nie można do zadnej z nich podłączyć, bo otwory są za ciasne. Facet z recepcji powiedzial, że laptopa mogę ładować w... łazience, bo tam sa gniazdka uniwersalne. Wtyczka w lazience wlazla w dziury, ale i tak nie ładuje. Mamy też wlasną łazienkę, ktora sklada się z marmuru i suszarki do włosów. A dzisiaj rano zeszłyśmy do piwnicy na sniadanie. Ludzie, śniadanie skladało sie głownie z cukru. Soki,do wyboru jeden czerwony o niezidentyfikowanym smaku, tak słodki, że gębę wykręcało, austriackie jogurty chyba bardziej mialy osłodzic nam żywot. Od jogurtow słodsze były już tylko rogaliki. Poza tymi słodkościami zapewniającymi la dolce vita w koszyku lezały zwykłe bułki, a na połmiskach plasterki salami (jakaś plastikowa w smaku) i żółtego sera też bezsmakowego. Jedynie jajka na twardo miały smak jajek na twardo. Kawa była okej, chociaż z automatu. Po słodkim śniadaniu ruszyłyśmy w dobrych nastrojach zaatakować fontannę di Trevi. W drodze do niej stwierdziłyśmy, że miasto jest dalej zaśmiecone, tak jak bylo w nocy. Do tego dołączył smród spalin z miliona samochodów pędzących po ulicach. Powiem szczerze - Rzym nie powalil mnie na kolana i nie wywołuje u mnie orgazmów z zachwytu. Śmierdzące i brudne miasto zawalone przewalającym się tłumem. Przy tej fontannie to stały takie rzesze ludzi jak nad Morskim Okiem w Zakopcu. Powchodziłyśmy do różnych kościołow, ktore znalazly się na naszej trasie. Wszystkie budowle są potężne, masywne, przepraszam, że nie ulegnę zbiorowej histerii i nie będę piała z podziwu, ale jakieś przerażające mnie tymi swoim gigantycznymi rozmiarami. Rzym jest wielki, cięzki, a kamienne orły ozdabiające niektore budynki przywodza na myśl niemieckie nazistowskie gapy i odnosi się wrażenie, że za chwile z jakiejś ulicy wyjedzie odkryty samochod z Mussolinim, ktory dostojnie będzie machał ręką do przelewającego się tłumu. A skoro napomknęłam już coś o samochodzie, to tu kierowcy parkują, gdzie popadnie. Przynajmniej takie wrażenie odnioslysmy z Pauliną.
Gdy znalazłyśmy się na Hiszpańskich Schodach, to zgodnie stwierdzilyśmy, że mamy wrażenie, że już tu byłyśmy. Po prostu zobaczyłysmy to, co tysiąc razy widziałyśmy w telewizji, na zdjęciach w różnych czasopismach, no po prostu wszedzie. Człowiek wcale, ale to wcale nie czuje, że coś odkrył. Popularność Rzymu zostala wykreowana przez wszytkie mozliwe media i prawie każdy czuje sie w obowiązku odwiedzić to miasto i je podziwiać. Znacie chyba powiedzenie "zobaczyć Rzym i umrzeć". Sorry, jestem tu, ogladam, ale umierać mi się nie chce. W pewnym momencie naszej wędrowki, wdrapałyśmy się po schodach do parku Popolo znajdującym się nad potężnym (a jakże inaczej!) Piazza del Popolo. Paulina siadła na rozwalającej się lawce i oznajmiła: "Och! tu nareszcie można trochę odpocząć od tego Rzymu". Nie wiem, czy to Hindusi czy Pakistańczycy, ale to oni opanowali tu handel uliczny. Kramy z owocami i warzywami, okulary, torebki, jakieś okropne piszczałki i cale inne chińskie badziewie, to oni sprzedają. Jest ich tu mnostwo! Wieczne Miasto jest zalane tandetą! Do tego biegają z bukietami róż i chcą wciskać po jednej ogłupiałym z podziwu nad Rzymem turystom. Oczywiście takie numery to ja znam ze Szwecji, bo i tam dotarły te pomysly na wciskanie róż. Do nas na tych wszystkich mozliwych Piazza też co chwilę podchodził jakiś człowiek z różami. Mój wzrok i krotkie "NO!!! Thanks!" powodował natychmiastowe odpłynięcie upierdliwego handlarza od mojego brzegu. W końcu moja mama sama napisala mi, że jestem bezkompromisowa. No, więc jestem. W parku poczułyśmy głód. Zeszlyśmy ze wzgórza parkowego i z niechęcią zanurzyłysmy się znowu w smrodzie spalin i okropnym halasie, by zacumować w jakiejś jadlodajni. Paulina powiedziała, że nie będzie zachęcać ludzi z chwiejną wiarą, by udali się do Rzymu, bo tam już tylko stracą resztki swojej nadwątlonej wiary. No i weszlyśmy do jakiejś pierwszej z brzegu malej knajpki i zamowiłyśmy...pastę. Paulina łyknęła tabletkę od bólu głowy i zaczęła mnie namawiać, żebym zamówiła sobie wino. Odpowiedzialam, że nie znam się aż tak na winach, żebym chciała jakies zamówić, a potem będę się tylko męczyć z piciem tego. Zamówiłyśmy wodę. Po obiedzie poprosiłam o kawę. Żadne tam latte czy capuccino, tylko ZWYKŁĄ kawę z mlekiem. No i dostalam, co chciałam - kawę w filiżance wielkości naparstka. Jak im się jeszcze w niej mleko zmieściło, to cud! Łyknęłam te kilka kropel kawy, zaplacilysmy i poszłyśmy dalej w miasto. Około 17-stej stwierdzilysmy, że mamy dość! Chińska tandeta, Gucci, Cartier wszystko ze sobą wymieszane i wciśnięte między monstrualne budowle. Do tego smród, śmieci i ten okropny halas sprawiły, że chcialysmy znaleźć się w naszym zimnym i tandetnym pokoju hotelowym, który bardziej przypomina sklep z gratami, ktore tylko udają stare. Jutro jedziemy albo do Watykanu, albo zaliczymy częśc południową starego miasta z tym Panteonem, Colosseum itd. wtedy może doznam jakiegoś olśnienia i może powali mnie na kolana z podziwu nad ruinami czy innym architektonicznym cudem świata.
Zdjęcia dołączę potem, bo teraz zimno mi jak diabli. W czterogwiazdkowym hotelu poza sniadaniem nie mozna napić się kawy, ani niczego innego. Internet dziala tylko w piwnicy hotelu, która jest przerobiona na pokój śniadaniowy i relaksowy. Arrivederci. Znikam. Na razie!