Środek tygodnia! Urlop powoli mi się kurczy. Piszę teraz do Was o pólnocy. Księżyc podgląda mnie i patrzy, co ja takiego wypisuję. Naprawdę! Świeci prosto w okno, przy którym w tej chwili siedzę.
W poniedziałek i wtorek zapomniałam o całym świecie, bo siedzialam czy leżalam pogrążona w lekturze. Dzięki książkom w ogóle nie odczuwam żadnej potrzeby podróżowania czy spotykania się z ludźmi. Paulina zrobiła zakupy, bo ja nawet nosa za drzwi nie wychiliłam. Jednak takie długodystansowe czytanie doprowadziło mnie do lekkiego zawrotu glowy i wczorajszym wieczorem wyszłam na spacer z psem do skrzynki pocztowej i z powrotem. Nie chodzi się fajnie, bo jest ślisko - błotnisto, a ja nawet nie mam kaloszy. Te baranie buty mają gladkie podeszwy, więc nie chodzę, tylko drepczę jak starowinka. Moglabym kupić kolce na podeszwy, ktore zaklada się na buty, ale według mnie jest to element postarzający, bo tylko babcie chodzące po mieście mają takie najeżone buty. Te kolce pod butami w jednych warunkach mogą okazać się blogoslawieństwem, ale w innych, na przyklad muzealnych, przekleństwem. W naszym nowym miejskim muzeum personel zaczął narzekć, że nowe podłogi z pięknego drewna mają dziury od tych kolców. Zatem muzeum uprasza o zdejmowanie kolców, albo w ogóle butów. Nie wiem, czy filcowe kapcie rozwiążą problem. No, ale to nie jest moje zmartwienie.
Od niedzieli do wczoraj znajdowałam się w powieściowym świecie. Nie wiem nawet, czy w realu zaczęła się nowa wojna lub skończyla jakaś stara. Dzisiaj jednak zajechala do mnie w drodze z miasta do swojego domu moja przyjaciółka. Zjadlysmy obiad, a ja już takiej wprawy nabrałam w pieczeniu sernika, że dzisiaj rano upiekłam znowu, zatem na deser po obiedzie raczyłysmy się świeżutkim serniczkiem z rodzynkami. W naszch rozmowach powrocił temat polityki, ale ku mojemu zdziweniu ona do tego stopnia nie śledzi tej polskiej polityki, że nie wiedziała, że obie nasze przesliczne panie - Ogórek i Grodzka startują w biegu do fotela prezydenckiego. A już zupelnie zdębiałam, gdy moja przyjaciólka nie miala pojęcia o tym, że pani Grodzka we wczesniejszym życiu była mężczyzną. Myślałam, że cały świat o tym wie. Czas upłynął nam mile i przeraźliwie szybko. Tuż przed jej wyjazdem do domu wkroczyła cała moja ferajna - Paulina, Mikael i Jens. Zaczęło się ponowne gotowanie i wcinanie. Ja jednak dałam sobie z tym spokój i poszłam do moich kur. Zapomnialam napisac, że zanim przyjechala moja koleżanka, to ja wybralam się do sklepu. Wjechalam do pustej i szarej gminy, po drodze minęłam się z radiowozem policyjnym. Za chwilę w lusterku zobaczylam, że policja zawrociła i dogoniła mnie. Jakis czas jechali za mną, ale ja już wiedzialam, że za chwilę zostanę zatrzymana. Włączyli syreny, światła, czulam się jak terrorystka. Zjechalam na pobocze i zatrzymalam samochod. Zgasilam nawet motor, bo w tym terenie stoi znak, że motor w samochodzie może być na chodzie tylko minutę. Policjantka i policjant wyglądali jak z filmu o Pippi. On byl strasznie dlugi i chudy, a ona strasznie krotka i troche okrągła. Kazali mi dmuchać, a potem studiowali moje prawo jazdy. Spytalam o co wlaściwie chodzi, bo to już kolejny raz coś takiego mi się przydarza. Czy im sie mój samochod nie podoba? W mieście to nawet cywilny, policyjny samochód jeździł za mną, a potem kazał mi się zatrzymywać. Zagadka rozwiązała się w końcu. Oni jadą za kimś wklepują numer rejestracyjny do swojego komputera i wychodza im wszystkie dane dotyczące auta i jego wlaściciela. Gdy upewnili się, że ja to ja, czyli wlaścicielka mojego auta, to ich komputer oznajmił im, że ja nie mam prawa jazdy! A to tylko dlatego, bo nie jestem odnotowana w szwedzkiej bazie! To dopiero dziurawy system! Taka idealna jest ta Szwecja, szczególnie w tych wszystkich sprawach komputerowych, a tu okazuje się, że właścicielka volvo v 70 nie ma prawa jazdy. No i tu ich zaskoczylam, bo ja mam prawo jazdy, ale polskie! I wtedy oni powiedzieli, że to wlasnie dlatego jestem tak ni stąd, ni zowąd zatrzymywana. Oświadczyłam im, że może kiedyś zmienię na szwedzkie, ale na razie nie mam na to czasu. Wracając ze sklepu znowu ich spotkalam, ale tylko pomachaliśmy do siebie.
czwartek, 5 marca 2015
niedziela, 1 marca 2015
O błahostkach, wolności i równości
Niedziela - zima w opłakanym stanie. Nudne, porywiste wiatry w żałosnym krajobrazie smutnego lasu. Patrzę w okno i od razu ziewam i marzę o ciepłym łóżku. A tu trzeba kury nakarmić. W końcu to one dostarczają nam wyśmienitego produktu na niedzielne śniadanie - jajka.
Wczorajszy wieczór spędziłam w Norrlands Opera. Na urodziny dostałam od rodziny bilety na "Wesele Figara". Doskonała muzyka Mozarta, lekka, komediowa treść przeniosła mnie i Paulinę w odrealniny świat błahostki. Jedynym problemem bohaterow opery są miłość, zazdrość, zdrada i misterne tkanie intryg. Oczywiście słowa - zazdrość czy zdrada kojarzą się bardzo pejoratywnie i są ciężkimi oskarżeniami, no ale w Weselu Figara są po prostu krotochwilne. Akcja opery została osadzona w roku 2068, w czasach, w których woda jest cenniejsza od złota czy pieniędzy i rozgrywa się w futurystycznej willi i futrystycznym ogrodzie należącymi do książęcej pary Amaviva. Interesujące, zwłaszcza że byłam przygotowana na barokowe bądź rokokowe rozwiązania. Było to bardzo miłe zaskoczenie, gdyż przed pójściem na przedstawienie nie czytałam o nim w internecie.
A tak wygladała księżna Rossina Amaviva
zatroskana zdradami swojego męża. Piękny sopran zresztą.
Cena jednego biletu kosztowała nieźle, bo ponad 400 koron czyli ponad 200 złotych polskich. Takie jedno wyjście do opery dla dwóch osób to wydatek rzędu ok. 500 zł. W przewie wypiłyśmy kawę z mufinkiem. Jeden zestaw mufinkowo - kawowy kosztował 60 koron czyli ok.30 zł. Szkoda gadać jak ta kultura kosztuje. Za to w naszej miejskiej "przędzalni" czy "tkalni", czyli w nowopowstałym budynku Väven w Umeå, można zupełnie za darmo wejść do muzeum kobiet. Gdzie zupełnie za darmo można zostać ogłupionym przez gender. Pisałam o tym wcześniej. Na tej wystawie propagowane zdanie, że biologia nie jest nauką obiektywną zupełnie mnie rozbroiło i ustawiło w opozycji do mądrości gender. No, cóż - każda epoka czy nawet generacja musi koniecznie wymyślić coś nowego. Popisać się jakimś swoim wkładem w kulturę i rozwój człowieka, zostawić po sobie jakiś ślad, który przejdzie do historii ludzkości. Teraz jest czas gender, ktory może i ma szlachetne podstawy wychodząc z założenia, że płeć ta społeczna, nie biologiczna, jest wykreowana przez społeczne normy, więc wystarczy te normy odrzucić i wtedy zapanuje rowność. Jest to kłamstwo, bo równość w pełnym tego słowa znaczeniu raczej nie zapanuje. Ja na przykład chciałabym korzystając z tej równości zamieszkać na zamku Drottningholm, a króla ubrać w różową sukienkę prosząc go o to, by dla mnie zatańczyl i zaśpiewał. Każdy zdaje sobie sprawę, że nigdy to się nie stanie, więc o jakiej my tu równości mówimy? Czy król Gustav i jego małżonka Sylvia zostaną może moimi sasiadami i będziemy w soboty razem popijać winko i grillować? Raczej nie.
Bo to, że faceci tu w Szwecji ładują się do drzwi jako pierwsi, a niejednokrotnie kobiety ich przepuszczaja, to nie potrzeba do takiej równości gender, bo takie zachowania panowaly w tym kraju ponad 20 lat temu, czyli zanim nastapił gender. Jedno wiem, że gender na pewno nie scala rodziny. Nie może tego robić, ponieważ rodzina kieruje się jakimiś zasadami czy regułami. A to wlasnie reguły odbierają wolność to raz, a po drugie, kto te reguly kreuje i ustanawia? A popatrzmy na jakikolwiek zakład pracy. Czy ktoś zna taki, w którym wspólnie na zasadzie równości ustanowiono zasady gry/pracy i płacy? Ja takiego nie znam. Chyba, że jest to jednosobowa firma, ale jej byt jest z kolei uzależniony od tajemniczych i niewidzialnych sił rynku. A teraz muszę przerwać moje rozważania na temat wolności i równości a zająć się trochę gospodarstwem, bo to przecież kobieta mości gniazdo, prawda?
Idę do pralni.
Wczorajszy wieczór spędziłam w Norrlands Opera. Na urodziny dostałam od rodziny bilety na "Wesele Figara". Doskonała muzyka Mozarta, lekka, komediowa treść przeniosła mnie i Paulinę w odrealniny świat błahostki. Jedynym problemem bohaterow opery są miłość, zazdrość, zdrada i misterne tkanie intryg. Oczywiście słowa - zazdrość czy zdrada kojarzą się bardzo pejoratywnie i są ciężkimi oskarżeniami, no ale w Weselu Figara są po prostu krotochwilne. Akcja opery została osadzona w roku 2068, w czasach, w których woda jest cenniejsza od złota czy pieniędzy i rozgrywa się w futurystycznej willi i futrystycznym ogrodzie należącymi do książęcej pary Amaviva. Interesujące, zwłaszcza że byłam przygotowana na barokowe bądź rokokowe rozwiązania. Było to bardzo miłe zaskoczenie, gdyż przed pójściem na przedstawienie nie czytałam o nim w internecie.
A tak wygladała księżna Rossina Amaviva
![]() |
| zdjęcie ze strony Norrlands Opery |
Cena jednego biletu kosztowała nieźle, bo ponad 400 koron czyli ponad 200 złotych polskich. Takie jedno wyjście do opery dla dwóch osób to wydatek rzędu ok. 500 zł. W przewie wypiłyśmy kawę z mufinkiem. Jeden zestaw mufinkowo - kawowy kosztował 60 koron czyli ok.30 zł. Szkoda gadać jak ta kultura kosztuje. Za to w naszej miejskiej "przędzalni" czy "tkalni", czyli w nowopowstałym budynku Väven w Umeå, można zupełnie za darmo wejść do muzeum kobiet. Gdzie zupełnie za darmo można zostać ogłupionym przez gender. Pisałam o tym wcześniej. Na tej wystawie propagowane zdanie, że biologia nie jest nauką obiektywną zupełnie mnie rozbroiło i ustawiło w opozycji do mądrości gender. No, cóż - każda epoka czy nawet generacja musi koniecznie wymyślić coś nowego. Popisać się jakimś swoim wkładem w kulturę i rozwój człowieka, zostawić po sobie jakiś ślad, który przejdzie do historii ludzkości. Teraz jest czas gender, ktory może i ma szlachetne podstawy wychodząc z założenia, że płeć ta społeczna, nie biologiczna, jest wykreowana przez społeczne normy, więc wystarczy te normy odrzucić i wtedy zapanuje rowność. Jest to kłamstwo, bo równość w pełnym tego słowa znaczeniu raczej nie zapanuje. Ja na przykład chciałabym korzystając z tej równości zamieszkać na zamku Drottningholm, a króla ubrać w różową sukienkę prosząc go o to, by dla mnie zatańczyl i zaśpiewał. Każdy zdaje sobie sprawę, że nigdy to się nie stanie, więc o jakiej my tu równości mówimy? Czy król Gustav i jego małżonka Sylvia zostaną może moimi sasiadami i będziemy w soboty razem popijać winko i grillować? Raczej nie.
Bo to, że faceci tu w Szwecji ładują się do drzwi jako pierwsi, a niejednokrotnie kobiety ich przepuszczaja, to nie potrzeba do takiej równości gender, bo takie zachowania panowaly w tym kraju ponad 20 lat temu, czyli zanim nastapił gender. Jedno wiem, że gender na pewno nie scala rodziny. Nie może tego robić, ponieważ rodzina kieruje się jakimiś zasadami czy regułami. A to wlasnie reguły odbierają wolność to raz, a po drugie, kto te reguly kreuje i ustanawia? A popatrzmy na jakikolwiek zakład pracy. Czy ktoś zna taki, w którym wspólnie na zasadzie równości ustanowiono zasady gry/pracy i płacy? Ja takiego nie znam. Chyba, że jest to jednosobowa firma, ale jej byt jest z kolei uzależniony od tajemniczych i niewidzialnych sił rynku. A teraz muszę przerwać moje rozważania na temat wolności i równości a zająć się trochę gospodarstwem, bo to przecież kobieta mości gniazdo, prawda?
Idę do pralni.
![]() |
| Vida Lahey (Australia), 1912, Poniedzialek rano u mnie to jest niedzielne wczesne popołudnie. |
piątek, 27 lutego 2015
Kosmopolityczne urodziny i terapeutyczne gorzkie żale
Nareszcie nadszedl czas na wytchnienie. Dzisiaj po południu rozpoczęłam urlop, ktory będzie trwał przez caly następny tydzień. Pogoda jest beznadziejna - wieje, pada deszcz na przemian ze sniegiem. Ale to nie szkodzi. Ja mam moje ksiązki i o jedynym o czym marzę, to święty spokój. Jestem generalnie psychicznie wymęczona, a fizycznie jakaś nakręcona. Przedwczoraj mialam bardzo przyjemny powrot z pracy do domu. Wkroczylam obladowana siatami z zakupami, nogą zamknęłam drzwi, weszlam do kuchni a tam jedyni obecni w tym czasie odspiewali mi "Sto lat" w wersji szwedzkiej. Stół wyglądał tak:
Po rozpakowaniu prezentow (wino, czekoladki, bilety do opery na Wesele Figara) , wypiciu kawy i zjedzeniu torta połozyłam się na chwilę w celu odnowy biologicznej. W tym czasie Paulina stała przy garach i tworzyla obiad, ktory, jak się potem okazało, bardzo włoski i bardzo smaczny z makaronem też przez nią wyprodukowanym.
Włoski obiad, niemieckie wino Moselland Organic i belgijskie czekoladki. A jutro austriacko- (Mozart) francuska (Pierre Beaumarchais -sztuka) opera. I tak właśnie wygladają światowe urodziny. jestem kosmopolitką.
Dzisiaj odwiedziła mnie z życzeniami stu lat życia i nieustającego zdrowia moja przyjaciółka, też Joanna. Jak stwierdzila, zdrowie to to w naszym wieku priorytet. Nie widziałyśmy się od dawna. Tym razem ja zrobiłam obiadek. Łosoś z pieca z moimi ziemniakami i sałatką. Byłyśmy tylko my dwie. Stara przyjaźń jednak nie rdzewieje. Bardzo sie za nią stęskniłam i jej wizyta wielce mnie uradowała. Ostatnio i ona i ja czujemy się psychicznie zdechłe. Nie ma lepszej terapii jak wspólny posiłek suto okraszony narzekaniem na cały świat. Naprawdę! Napisałam to bez cienia i nuty ironii. Nie ma to jak usiąść i wynarzekać się do dna. Nagromadzone wielarstwowe pokłady gorzkich żalów ruszyły wartkim strumieniem, a dotyczyły wszystkich aspektów życia od chorej światowej polityki, po lokanych dygnitarzy, ogłupianie społeczeństwa, o quasi wolności, o poprawności politycznej, która jest już normą w życiu społecznym i zawodowym, a jednocześnie niejakim glejtem czy cyrografem do spokojnej egzystencji. Nie pocieszalysmy się, tylko wyliczałyśmy wszystkie nasze bolączki przy jednoczesnym przytakiwaniu sobie nawzajem, że tak - mamy rację, że narzekamy, że mamy rzeczywiste powody, że czujemy się zawiedzione, że mamy całkowite prawo, by być zgorzkniałymi, rozgoryczonymi, nieukontentowanymi. Wzajemne zrozumienie i potwierdzenie okazały się jak ciepły przyjemny prysznic, który obmył nasze dusze i zaprowadził w nich ład uspokajając przy tym wewnetrzne rozdygotanie. To spotkanie okazalo się wspaniałą kuracją. Nie dawalysmy sobie kabotyńskich porad w stylu "patrz pozytywnie", bo byłoby to tylko kolejną hipokryzja i obłuda. Spotkałyśmy się również na skajpie późnym wieczorem. Joanna podziękowała mi, a ja jej za ten dzisiejszy katharsis i stwierdziłyśmy, że obydwie tego bardzo potrzebowałyśmy. Tak, prawdziwa przyjaźń ma to do siebie, że niczego nie trzeba udawać i jest gratisowa, w przeciwieństwie do wizyty u psychoterapeuty.
poniedziałek, 23 lutego 2015
Radość o poranku
Rano, nawet moj budzik nie zdążyl zadzwonić, bo obudzilam sie przed nim. Chwyciłam za telefon i weszłam na Onet, by dowiedzieć się, który film nieanglojęzyczny otrzymał Oscara. A tam radosna nowina!!! Z łóżka wyskoczyłam jak wystrzelona z procy. Pognałam do kuchni, by włączyc telewizor i wstawic wodę na kawę. Kawa z dodatkiem TAKICH wiadomości podzialala na mnie wręcz narkotycznie. Poczułam nagły przypływ energii, nawet zaczęłam coś tam sobie pod nosem podśpiewywać. Do łazienki nie człapałam, tylko frunęłam. Radość o poranku! Nawet pies się zdziwił, co ja takie piruety robię przed lustrem. Nic mnie tak nie cieszy jak sukcesy Polaków i Polski. No, nacjonalistka się ze mnie zrobiła. Na widok minus 14 na termometrze machnęłam tylko reką. O mało nie spóźniłam się do roboty przez te moje gejzery radości, bo patrzylam zauroczona na przemawiającego Pawlikowskiego. Jaki fajny facet! Taki niepokorny i chodzacy wlasnymi drogami. Facet, którego nie da sie sformatować, taki niezależny i taki ...wolny, a jego Ida to majstersztyk! Wziął trudny temat i podał go poetycko.
Łaknę więcej tego typu wiadomości, bym w ich cieple mogła grzać moją obolałą duszę.
W prasie przeczytałam, że Rosjanie są zawiedzeni, że ich film nie dostal tej nagrody i skomentowali to jednym zdaniem, że "Lewiatan okazał się niekoszerny", a zdrugiej strony poczytalam jakąś polską prasę prawicową, to tam z kolei na ich stronach panuje czarna rozpacz z powodu Oscara dla tego "antypolskiego" filmu i nawet tytuł troche przerobiono z "Ida" na "Żida". Nie pojmuję, co tym ludziom dolega.
Teraz za oknem szaleje zawieja, sypie śniegiem, ale takim drobnym. I tak troche martwię się tym, że Ronny jest na trasie w taką noc.
Musze kończyć, bo chce zadzwonić do niego, jak tam mu idzie w pracy. Pa!
Łaknę więcej tego typu wiadomości, bym w ich cieple mogła grzać moją obolałą duszę.
W prasie przeczytałam, że Rosjanie są zawiedzeni, że ich film nie dostal tej nagrody i skomentowali to jednym zdaniem, że "Lewiatan okazał się niekoszerny", a zdrugiej strony poczytalam jakąś polską prasę prawicową, to tam z kolei na ich stronach panuje czarna rozpacz z powodu Oscara dla tego "antypolskiego" filmu i nawet tytuł troche przerobiono z "Ida" na "Żida". Nie pojmuję, co tym ludziom dolega.
Teraz za oknem szaleje zawieja, sypie śniegiem, ale takim drobnym. I tak troche martwię się tym, że Ronny jest na trasie w taką noc.
Musze kończyć, bo chce zadzwonić do niego, jak tam mu idzie w pracy. Pa!
niedziela, 22 lutego 2015
Co zostało z tamtych marzeń?
Dziwna była ta niedziela. Słońce świeciło, zaliczyłam dwa spacery, śnieg pod butami chrzęścił, z daleka i bliska dochodził warkot skuterów. Każdy w zasadzie robił, co chciał. Chłopy udały się do lasu, ja poczytałam, wstawilam obiad, poprzeciągalam się, nigdzie mi się nie spieszyło i mimo tych przytulnych i miłych momentów czulam się i w dalszym ciągu czuję się jakaś rozbita, niepewna, tęskniąca za czymś. Moi rodzice pojechali do wód, czyli sanatorium na południu Polski. Zadzwonili do mnie po południu z...Pragi. Chodzili sobie po moście Karola, praskiej starówce aż zacumowali w jakiejś knajpce na obiad. Siedząc nad kuflami piwa i jakimś smażonym serkiem czekali na ciepłe danie. I wpadli na pomysl, by zadzwonić do mnie. Zazdroszczę im, że sa na emeryturze, że jeżdżą sobie to tu, to tam, a ja w tej chwili jestem pewna, że nie dożyję do emerytury. Czuję się przybita, "jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca". Nie wiem, co mi dolega. A jeszcze dzisiaj wysłuchałam kazania na Polonii, w którym ksiądz wygłosił krotkie, ale bardzo treściwe przesłanie o życiu. Życiu, które jest podróżą. Nic nowego, wszyscy to wiemy, ale nagle poprosił, byśmy zastanowili się czy nam się drogi w dążeniu do celu nie poplątały, czy przypadkiem nie straciliśmy celu z celownika, czy w zwykłym codziennym życiu wypełnionym w większości problemami nie zapomnieliśmy dokąd zmierzamy. Wyjście z trudnych sytuacji życiowych nazwał wyjściem z Egiptu i dalszą podróż wędrówką do Ziemi Obiecanej. Zapadlo mi to kazanie w umysł i serce. Zaczęłam stawiać sobie te pytania i zauważyłam, że mam problemy ze znalezieniem odpowiedzi na nie. Może to mnie tak dziwnie nastraja? Chociaż czy nie może być tak, że celem jest sama podróż, droga? Patrzę na te moje życie i widze, że niewiele jest w nim z moich młodzieńczych marzeń o życiu doroslym. W zasadzie nic nie jest takie. Wszystko miało być inaczej. Może poza jedną rzeczą. Jako nastolatka obwieściłam moim koleżankom podczas naszych wieczorów panieńskich, że gdy będę dorosła, to kupię sobie volvo. Wtedy nawet nie bardzo wiedzialam jak takie volvo wygląda, ale nazwa mi sie podobala. No i kupilam sobie. Marzyło mi się wtedy dwoje dzieci - dziewczynka i chłopiec. dzieczynka miała miec na imię Linda, a chłopiec...Napoleon. Mam trzy dziewczyny, żadna nie jest Lindą, a chłopiec nie pojawił się chyba ze względu na imię, ktore chciałam mu nadać. Plany na życie często zmieniałam, więc już nawet nie wiem, jakie miałam. Chciałam być podróżnikiem - archeologiem, takim w stylu Indiana Jones, zakonnicą, policjantką, mikrobiologiem, aktorką, historykiem sztuki, detektywem, reporterką, piosenkarką estradową, akrobatką cyrkową i chciałam tańczyć w teatrze rewiowym Folies Bergére w Paryżu
Urodzinowy kulig i kiełbaski na patyku
lub chociaż pracować w barze Folies Bergere jak ta pani tu powyżej na obrazie Maneta
Żadne z tych powyższych marzeń nie spełniło się. Poza jednym marzeniem nie znalazłam się nawet w pobliżu do ich spełnienia. Wylądowałam na uniwerku w Gdańsku z nadzieją, że jeszcze zdążę zrealizować któreś z powyższych marzeń, bo przecież miałam być wiecznie młoda i mieć całe życie przed sobą. A potem przeprowadziłam się do kraju, o którym nigdy nie marzyłam. Studia na wydziale historii sztuki w tym nowym kraju miały zbliżyć mnie do wymarzonego zawodu. Historykiem sztuki zostałam, ale nigdy w tym zawodzie nie pracowałam. I już pracować nie będę, chyba że jako muzealny obiekt. Czyli marzenie osiagniete tylko w połowie. Za to teraz mam służbowy nakaz być gender entuzjastką, nie wolno nic i nikogo krytykować, bo zostanie mi wytknięta jakaś fobia. Mam kury, jeżdżę na skuterze, chociaż nie cierpię tego typu rozrywki, bo te skutery śmierdzą spalinami i przeraźliwie hałasują. Muszę znosić ciemności i pół roku trwającą zimę. Wmawiam sobie, że lubię tę porę roku, najgorzej jednak wychodzi mi to w kwietniu, kiedy mnie już prawie szlag trafia na widok śniegu. Mogłabym tak dłużej wymieniać. Podsumowując moje życie nie ma nic wspólnego z moimi marzeniami o nim. Wszystko jest jakby na odwrót. I teraz zadaję sobie pytanie czy to los tak chciał, czy może to mnie zabrakło determinacji w realizacji marzeń i planów. Najłatwiej zwalić na los.
A na zakończenie wczorajsze fotki urodzinowe śniadanie
Urodzinowy kulig i kiełbaski na patyku
| to jest zamarznięta rzeka, jakby sie kto pytał. |
I żeby nie zwariować, to: "Każdego dnia trzeba posłuchać choćby krotkiej piosenki, przeczytać dobry wiersz, obejrzeć piękny obraz a także, jesli to możliwe, powiedzieć parę rozsądnych słów." - Johann Wolfgang von Goethe.
I niech "Ida" dostanie tego Oscara, bo to zdecydowanie poprawi mój nastrój!
I niech "Ida" dostanie tego Oscara, bo to zdecydowanie poprawi mój nastrój!
sobota, 21 lutego 2015
O Renee, skarpetach i glutenie.
Takim oto śniadaniem rozpoczęliśmy sobotę!
Świątecznie, bo moja mała Renusia ma dzisiaj urodziny! Moja najmłodsza córuś skończyla w nocy o godzinie 00.30 19 lat!
Aura za oknem biało - słoneczna. Młodzież planuje kulig na skuterach - taki multikulti wariant polskiej sanny i grill. Sanna, to drugie imię Renée, ktore figuruje jako imię w szwedzkim kalendarzu, ale dając jej to imię kierowalam się polskim znaczeniem tego słowa oznaczającym przejażdżkę saniami czy drogę usłaną śniegiem. W końcu jest zimową dziewczynką. Także moja ukochana nosi imiona Sanna Renée.
A wczoraj, hmm, cóż, zwlokłam się do domu pod wieczór po całodniowej konferencji. Przyjechała do nas też Paulina ze swoim wikingiem i z Tilda, ktora ostatnio pomieszkiwała u nich, z powodu swoich kobiecych okresowych przypadłości. Niestety te okresowe przypadlości jeszcze się nie skończyły i nasz biedny Nemo szaleje z namiętności. Odseparowaliśmy psy i cierpiący Nemo stoi, leży i zawodzi pod drzwiami, za ktorymi znajduje się Tilda. Wracając jednak do konferencji to przed lunchem sluchalismy róznych mądrych ludzi głoszących wesołą nowinę, a po lunchu odbyły się warsztaty, ktore tu nazywają po angielsku - workshop. Zdziwiłam się, gdy wśród sluchaczy zobaczylam koleżanki, ktore już rok temu przeszły na emeryturę. Czy emerytura jest tak tragicznym momentem w życiu człowieka? Niebywałe! Mojej mamy emerytki nikt nigdy na świecie nie zaciągnąłby na jakąs konferencję zorganizowaną przez jej byłą pracę. Parę słow chce też poświęcić lunchowi. Lunch odbywał sie w jadlodajni wybudowanej w zeszlym roku. I chyba przez to, że w dalszym ciągu jest taka świeża i nowa, to wszystkim nam - około 300 osób kazano...ściągnąć buty. Ja zalapalam się na niebieskie foliowe ochraniacze, ktore naciągnęłam na moje obcasy. Patrzylam na te dorosle towarzystwo, studiowalam ich skarpety we wszystkie mozliwe wzory i kolory - przedstawiało się to zabawnie i co i raz parskałam śmiechem.
Przyjaźni mięzyludzkiej zagrażają rozmowy o polityce, pieniądzach lub glutenie. No, tak własnie glutenie. Przedwczoraj wyslalam na fejsie artykuł, w ktorym powiadomiono, że naukowiec, ktory swoimi badaniami zapoczątkowal modę na dietę bezglutenową, po przeprowadzeniu nowych badań wycofuje się ze swoich odkryć. Jak na zamowienie w polskiej tv wysłuchałam rozmowy ekspertów na temat "szkodliwości" tego glutenu. Szczególnie szkodliwa według nich jest książka jakiegoś amerykańskiego uczonego. O! Własnie ta tu na obrazku:
Bez żadnych skrupułów i zahamowań zmiażdżyli tę książkę określając jej treści jako bardzo złe, absurdalne i szkodliwe dla ludzkości. Na fejsie opatrzyłam info o glutenie komentarzem "Wczoraj szkodliwe, a dzisiaj już nie", no i moje koleżanki zasypaly mnie komentarzami, bo wśrod nich są takie, które stosują dietę bezglutenową. I tym sposobem znalazlam sie w samym środku jakiejś glutenowej dyskusji, zupełnie bezsensownej. Ja tak całkiem do niedawna nawet nie wiedziałam, co to jest ten gluten, bo u nas jak rodzina dluga i szeroka nikt nie miał z nim problemów. Ja w zasadzie napisalam na fb o tym jak jesteśmy ogłupiani przez wylewajaca się rzekę informacji zupełnie spolaryzowanych, jak jedni naukowcy wypluwają z siebie różne wnioski, a za chwilę, albo sami je obalają, albo robią to inni naukowcy. Ja jako osoba wcinająca z ogromnym apetytem bułki, rogale i ciasta i nie mająca konfliktu z glutenem omijam szerokim łukiem naukowe nowinki zarówno te chwalące gluten jak i te potepiające. Nie obchodzi mnie to, co nie musi obchodzić z jakichś tam powodów czy to zdrowotnych czy jakich innych. Nie lubię dowiadywać się w połowie mojego przeżytego życia, że przez tę pierwszą połowę codziennie zatruwałam się wszechobecnym glutenem. Prędzej umrę ze stresu wywołanym takimi informacjami niż zdążę się naprawdę zatruć tą rakotwórczą żywnością.
Mam jedynie nadzieje, że ten cholerny gluten nie zepsuł moich relacji z bliskimi koleżankami. I jest to jedyny w tej chwili negatywny aspekt glutenu, który w tej chwili zauważam. Gluten źle wpływa na koleżeństwo. A teraz wybieram się na kulig!
PS. Właśnie przed chwilą na fejsie inna moja koleżanka podesłała artykuł na temat: Imbir lekarski - 5 powodów, dla ktorych powinniśmy jeść go codziennie. No jak myślicie, dlaczego? Już się boję, co nowego i wręcz odrotnego przeczytam jutro na temat imbiru. Polacy przynajmniej mają w Polsce piwo imbirowe. Jedno takie piwo dziennie i stajemy się nieśmiertelni!
niedziela, 15 lutego 2015
Sprawy kuchenno - małżeńskie
Tra-tam! Oto semle! A nie mowiłam wczoraj, że dzisiaj upiekę semle? No i wywiązałam się z zadania. A jakie one są pyszne! Bez zarzutu. Idealne! Nie tak, jak z tymi pączkami. Jakoś te szwedzkie przepisy wychodza mi lepiej niż polskie. Pod tym berecikiem znajduje się bita śmietana, a pod bitą śmietaną - masa marcepanowa. Bułki są drożdżowe.
Poza tym dzień był mroźny. O 8.50 rano było mnius 20, dwie godziny później już tylko minus 9. A teraz minus 5. Niedziela upłynęła mi na gotowaniu, pieczeniu i czytaniu. Na obiad podałam pieczoną karkówkę nadziewaną śliwkami. Zmienilam jednak przyprawy. Zwykle pieklam ją natartą solą, czosnkiem, pieprzem i majerankiem, ale bez śliwek. Teraz natomiast zastosowałam inne przyprawy - imbir, rozmaryn, sól, pieprz. Wyszło z tego aromatyczne, rozpływające się w ustach aksamitne mięsko. Poezja po prostu. Nie dodałam żadnej cebuli, czosnku, wody.
A na zakończenie dnia dzielę się z Wami instrukcją jak serwisować męża:
A tak prawdę mowiąc szkoda, że nikt nie wymyślił jeszcze prawdziwej aplikacji na przyklad wyłączenia męża, gdy przynudza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






