czwartek, 14 sierpnia 2014

Obowiązki i inne przyjemności

Wakacje się skończyły, przynajmniej dla mnie. Od poniedziałku dzielnie posuwam do roboty. Pierwszy dzień pracy nie byl taki straszny, jak go sobie wyobrażałam podczas mojego ostatniego urlopowego tygodnia. Mialam wręcz koszmary senne i stracilam apetyt. Na parkingu przed pracą natknęłam się na koleżankę, ktora pochodzi z Libanu. Nastapiło między nami serdeczne powitanie, a ona oznajmiła, że przed kilkunastoma godzinami wrociła z Libanu, ale przede wszystkim chciala mi powiedzieć, że była w Polsce! W naszym kraju bawila ponad tydzień. Pojechala z Libanu na organizowną wycieczkę do Polski do...miejsc Jana Pawła II. Byla w Zakopanem, w Wadowicach, w Krakowie i Częstochowie. Imponujące bylo to, że te wszystkie nazwy wymieniala po polsku jak rodowita Polka. Oznajmila, że wszystko jej sie podobało, w wadowicach jadla kremówki. Zakopane ze swoimi góralskimi chałupami zrobiło na niej ogromne wrażenie, Kraków cudowny, przepyszne jedzenie, a wodka i piwo absolutnie doskonałe. Jadla, pila i codziennie zwiedzała. Domyslacie się, ze kolezanka jest katoliczką, nie muzułmanką stąd to zainteresowanie Janem Pawłem. A zainteresowania smakowe to dodatkowy bonus tej podróży. Nakupowala mnostwo roznego alkoholu i pokazala mi na swoim iPhonie zdjęcie polskiej soplicy orzechowej i spytala czy tę wlasnie moglabym jej przywieźć z Polski albo czy kogoś znam, kto właśnie jedzie do mojego pięknego i smacznego kraju, bo ona kupi każdą ilość. Do orzechowej soplicy zapałała wielką miłością. Z koleżankami Rosjankami wyściskalysmy się mimo embarga Putina. I tak minął pierwszy dzień w pracy. Wczoraj też dzień pracy byl soft chociaż automat z kawą się zepsuł, ale za to wieczór spędziłam w operze. Paulina i ja należałyśmy do zaproszonych gości. A zaproszenie dostalysmy od Renee. Oczywiście obejrzałysmy Elektrę Straussa, w ktorej statystuje moja Renee. To bylo spektakularne widowisko! Premiera opery odbędzie się jutro, a wlasciwie dzisiaj, bo widzę, że pólnoc minęła - 14-stego sierpnia. My obejrzałysmy próbę generalną. Opera rozgrywa się na świeżym powietrzu - scena ma 200 metrów długości i 40 metrow szerokości. Płonie las, z sześciu kontenerów leje się krew tworząc wokól grobu Agamemnona jezioro, a dźwigi unoszą gigantyczne stalowe lalki, na ktorych stoją głowni bohaterowie opery - Elektra, jej siostra i ciągle coś z wielkim hukiem eksploduje. Niesamowite! I w tym wszystkim bierze udział moja córka! Prosze bardzo, oto kilka zdjęć:



jedna z tych identycznych postaci to Renee
to zdjęcie jest z gazety Dagens Nyheter z 11 sierpnia podczas próby.
Moja córka nurza się we krwi z wieloma innymi tak samo wyglądającymi postaciami.

 Dzisiaj, (a wlaściwie wczoraj - środa) w pracy wysluchaliśmy dwoch wykładów i też jakoś czas minął. A clou dnia było spotkanie z siostrą Ronnego i jej rodziną, którzy w końcu zawitali u nas czy raczej u siebie na wsi. Razem z nimi przyjechał brat Ronnego. Brat mieszka w Stanach, ale najpierw pojechal do siostry do Göteborga. Tu przyjechał, by doglądnąć swojego domu. Ale dajmy sobie spokoj z bratem czy innymi członkami rodziny, bo prawdziwą sensacją była Kia. Kia wprawila mnie w osłupienie swoją spuchniętą twarzą i chińskimi oczami oraz napompowanymi ustami. Kia, ktora jest w moim wieku, zrobiła sobie operację plastyczną! Na razie nie wygląda ani piękniej, ani młodziej, no ale za jakieś dwa tygodnie, gdy jej twarz dojdzie do siebie, to pewnie ja będę wyglądać przy niej o dziesięć lat starsza. Shit!
Paulina wyciągnęła maszynę do szycia i skrociła mi te nowe zaslony kuchenne. Nastepnie przywołała mnie do siebie i zaczęła uczyć mnie jak działa ta maszyna, jak nawleka się nitke i takie tam. W łazience wiszą dwie wiekowe zasłonki, w tym jedna jest rozerwana przez Ronnego, ktory przytrzasnął ją zamykając okno i wyciągnął ją bez otwierania okna. Kupilam materiał, bardzo ladny i czekam aż ktoras z moich corek uszyje te zaslonki, bo ja sama nie umiem. Siadlam do tej maszyny i od razu diabli mnie wzięli! Poszlam do garażu po tekstylą tasmę klejącą i skleiłam porwaną zasłonę, ktora teraz wygląda jak nowa. Szycie może poczekać!
 

piątek, 8 sierpnia 2014

Wiejski spleen

Mam za sobą kolejny upalny dzień. Żar leje się z nieba od rana do wieczora nieprzerwanie. Nawet komary gdzieś się pochowały. Za to wieczorem można w końcu złapać oddech i trochę odsapnąć. Upał jednak wyczerpuje. W ciągu dnia snuję się po polach i lasach. Przesiaduję w cieniu na tarasie, troche czytam i urządzam sobie sjestę i ze strachem mysle o tym, że to ostatnie dni mojego urlopu. W domu role sie odwrociły. Ronny i ja mamy wolne, a dziewczyny pracują. Paulina siedzi gdzieś za tym kolem polarnym i morduje sie w rozżarzonym do czerwoności dusznym lesie, Renee codziennie ma próby do opery "Elektra", Natta też posuwa do roboty, a my z Ronnym jak emeryci siedzimy w chałupie albo przed nią, pijemy kawki, czytami poranną prasę i bardzo odpowiada nam takie życie. Dzisiaj pojechalam do miasta, bo dostalam od Renee rozkaz zakupienia nowych zasłon do kuchni, które wypatrzyła w tych durnych gazetkach reklamowych. Kupiłam je, a przy okazji weszlam do innych sklepów. Nie wiem, czy to jakas choroba, depresja, znudzenie czy jak to tam zwał opanowało mnie, ale krążylam po tych sklepach i stwierdzalam, że wszystko, a przynajmniej 98% zawartości tych sklepow, to tandeta. Kto kupuje to barachło, pierdoły, plastiki, świeczniczki, koszyczki, jakieś figurki, zajączki, motylki, wycieraczki przed drzwi, "barokowe" zwierciadła? Te wszystkie przedmioty są jakieś ohydne. Już na odpuście można znaleźć ciekawsze rzeczy, bo przynajmniej ludowe i w jakis sposób naturalne. Ludową prymitywną  sztukę - drewniane rzeźby, szopki, oryginalne hafty, a nie smierdząca chemikaliami masówkę z Chin. Chociaż może się mylę, bo na odpuście ostatni raz bylam, gdy mialam kilka lat. Może 8? Pamietam, że zafascynowaly mnie wtedy gliniane ptaszki, do ktorych wlewało się wodę i można było na nich ćwierkać. Odwiedzam jednak jarmarki. Zdecydowanie wolę folklor niż dziadostwo w tych wszystkich Jyskach, Rustach i tym podobnych magazynach śmierdzących Chinami. Folklor pachnie miodem, świeżym chlebem i drewnem i watą cukrową na patyku.
Słońce jednak jak prażyło tak i praży, natura jest leniwa i u mnie jest jak w piosence Maanam
 " Poranek przechodzi w południe, bezwladnie mijają godziny
czasem zabrzęczy mucha w sidłach pajęczyny
A słońce wysoko, wysoko świeci pilotom w oczy (...)
Przez okno patrzę znuzona, z tęsknotą myślę o burzy"
A tej burzy ani widu, ani słychu. Własciwie nie tyle tęsknię za burzą, ile za deszczem. Na tablicach ogłoszeniowych wywieszono zarządzenie, by nic nie podlewać, nie myć samochodow, bo poziom wody w studni we wsi jest tak niski, że może jej zabraknąć. No i jak tu uprawiać ogród? Może ogród to dużo powiedziane, ale te kilka naszych grządek? Paulina włozyła swoje serce w te grządki, nasadziła różnej zieleniny, a teraz jak jest w końcu prawdziwe i porządne lato jak się patrzy i szansa na bogate zbiory, to nie wolno tego podlewać! Wczorajszej nocy złamałam zakaz i po kryjomu podlałam te cukinie, buraki, bób, sałatę, bo po prostu mi tych roślin szkoda. Najwyżej nie będę sie myła, ale nie pozwolę zmarnieć i umrzeć naszym warzywom. W końcu nie są to gigantyczne uprawy objęte rosyjskim embargiem, z ktorymi teraz nie wiadomo co zrobić. A upały są tak szalone, że w centralnej Szwecji już 6 dzień płoną lasy. Ściągnięto nawet pomoc z zagranicy. Ludzie zwiewają ze swoich domow, nawet nie mają czasu, by cokolwiek wziąć z sobą, bo ewakuacja nastepuje natychmiastowo. A pożar w dalszym ciągu jest poza kontrolą.Specjalne samoloty z Włoch i z Francji latają nad pożarem wylewając olbrzymie ilości wody, ktorą pobierają w trakcie lotu z jeziora. Takie rzeczy dzieją się teraz w tym znanym z imna kraju. A przedwczoraj pioruny walnęły w maszty w Sztokholmie i cała Szwecja straciła nagle zasięg. Nigdzie nie bylo sygnału. Wczoraj był dzień bez telefonu. Internet jednak działał. A muszę dodać, że w Szwecji nie istnieją już tradycyjne telefony. Dzisiaj rano, gdy siedzielismy sobie z Ronnym na tarasie nadjechal potęzny traktor. Przejechał pod naszym domem i pojechał dalej w głąb naszych włości. Ronny pognal za nim, by dowiedzieć sie, co to za akcja się szykuje. Okazało się, że dwoch panów demontowało centralki telefoniczne - jedna usytuowana była niedaleko naszego domu, a druga w pobliżu domu mojej teściowej i wyrwali też stare kable telefoniczne. Bo dzisiaj już jest nowoczesnie i wszyscy gadają przez satelity, a nie przez kable. A wystarczy jeden piorun i nigdzie juz nie mozna zadzwonić, nawet na 112 czy policję. Dobrze, że Szwecja jest neutralna i żaden wrog jej niegroźny, bo w innym wpadku nieprzyjaciel pierwsze, co by zrobił, to by rozwalił ten główny maszt obsługujący całą nowoczesną Szwecję. No, ale od corki dowiedzialam się, że można zadzwonić przez facebook. To była absolutna nowość dla mnie.
A przede mną jeszcze tylko trzy dni leniuchowania. Pochwalę się, że w leniuchowaniu jestem bardzo dobra. Powiem więcej - jestem profesjonalistką w tej dziedzinie.          


   

wtorek, 5 sierpnia 2014

Świeże wspomnienia

Siedzę na mojej zacienionej werandzie, by odetchnąć chociaż trochę od tego niemożliwego upału. Chociaż wiem, że mój upał jest bardziej znośny od tego jaki jest w tej chwili w Gdańsku. U mnie jest 28 stopni, a w Gdańsku 33 / 34 stopnie! Wiem, bo dzisiaj rozmawiałam z rodzicami i przy okazji dowiedziałam się, że wszystkie parasole w mieście są wykupione. Dosyc przyjemnie mi się tu siedzi, czytam, wspominam moje gdańskie wakacje, patrzę na zdjęcia, ktore za chwilę tu wstawię, by zilustrowały mój przedostatni wpis dotyczacy mojego ostatniego tygodnia spędzonego razem z moim mężem w Gdańsku. Upalnie jest każdego dnia, nawet muchy nie mają siły latać. Nie mówiąc o psach ktorych jest zawsze wszędzie pełno, a teraz śpią w chłodnych kątach. Prawie każdy wieczór kończy się rzęsistymi ulewami i apokaliptycznym, gwaltownymi i krótkotrwałymi burząmi, po których zawsze następuje taki oto widok:

    Wedlug internetowej prognozy dzisiaj wieczorem też ma 40% ma padać. Napisalam to powyżej dzisiaj przed południem. A w tej chwili jest już noc i nie pada. Dlaczego? Dzisiaj po południu malowałam nasz dom, nie robiłam tego sama tylko z Ronnym. Pomalowaliśmy pólnocną część domu, gdyż w tym czasie jest tam cień. A w cieniu o 17.00 było tylko:
30 stopni. Niezły wynik jak na prawie północną Szwecję. Jutro znowu będziemy malować. Z powodu upałów nie mam siły robić obiadów, zatem żywimy się czym popadnie. Dzisiaj była pizza

 W konsumpcji pomogła nam Natta. Jak się okazało nawet na pizzę było za gorąco. Co się dzieje w szerokim świecie, czyli w Umeå, to nie bardzo się orientuję, bo od mojego powrotu do domu jeszcze ani razu nie bylam w mieście. Po prostu miasto mnie nie obchodzi. Nie obchodzą mnie sezonowe obniżki, nie obchodzą mnie kawiarnie czy jakieś jadłodajnie. Nie obchodzi mnie, co dzieje sie w tym mieście kultury. W ciągu moich trzech tygodni w Gdańsku byłam 4 razy w teatrze, inspektowałam twierdze Wisłoujście razem z przewodnikiem, kulturą jestem nasycona. Ja tam tęsknię za Gdańskiem i nic tego nie zmieni.Podczas pobytu zweryfikowałam trochę swoją wiedzę na temat historii Gdańska.  Od brata dowiedziałam się, że Gdańsk to raczej do Polski stosunkowo krotko należał. Dlużej czasowo należał do Niemiec, ale generalnie to Gdańsk głownie był niezależnym Wolnym Miastem i to nie tylko w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Gdańsk znajdowal się czasowo pod panowaniem takich krajów jak Polska czy Niemiecy. Od przewodniczki po twierdzy dowiedzialam się, że zawsze, ale to zawsze wszystkie statki towarowe wplywające do Gdańska zatrzymywaly się przy twierdzy, gdzie oplacano cło za towar i mówimy tu o statkach plynących Wisłą z Polski nie tylko tych z innych państw. Gdańsk byl właściwie miastem - państwem, na ktore miało chrapkę wiele państw. W Jałcie Stalin definitywnie rozwiązał "problem" Gdańska przyłączając go do Polski. I jest to jedyna pozytywna decyzja z konferencji w Jałcie. Ja w każdym razie uzmysłowiłam sobie, że mam aż trzy obywatelstwa - polskie, gdańskie i szwedzkie. Teraz uświadomiłam sobie, że bycie gdańszczaninem czy gdańszczanką wcale nie było takie jednoznaczne z byciem Polką czy Polakiem. Mieszkańcy Gdańska byli Gdańszczanami z obywatelstwa, a nie Polakami, Niemcami czy Holendrami - takie bylo ich pochodzenie.  A jeden młody gdańszczanin, mój bratanek pokazał mi swoje świadectwo szkolne:
   Na odwrocie oczywiście świadectwo przyozdobione jest biało-czerwonym paskiem. Jestem dumną Gdańszczanką (celowo napisałam wielką literą) i pękam z dumy, że Gdańsk ma takiego mądrego ucznia, a ja chrześniaka. Otrzymał również dyplom najlepszego ucznia w szkole gimnazjalnej, w której się uczy. Zdjęcia świadectwa i dyplomu wyslalam od razu do Pauliny z życzeniem / rozkazem, by moje przyszle wnuki miały takie same. Paulina odpisała mi wtedy, że w rodzinie jest tylko jeden geniusz - Kamil.
A teraz nadszedł moment na wspomnienia:
Sopot

Sopot

przy molo w Sopocie


relacja dziennikarza - dotyczy nocnego rajdu wariata po Monciaku i molo

zainteresowanie mediów 

selfie w lustrze z mojego dzieciństwa

plaża

kawiarnia na Zaspie przy plaży

moja mama

Elbląskie kamienice

Elbląg

placek po zbójnicku w Elblągu - moje danie

a Ronny zjadł w Elblągu makaron

Widok z Twierdzy Wisłoujście

twierdza

Gdańsk z twierdzy

pociąg wywożący Polakow na Syberię w Szymbarku

a w wagonach wystawa - m.in. wiersz dziecka z 1939 roku

przyjacielski uścisk

zmartiwony Pan Jezus

moje ciacho czyli Ronny w kawiarni i na tle Krzywego Domu w Sopocie, tak wygląda współczesny wiking

moje ciacho lubi ciacha. Tutaj zamowil sobie sernik

mój deser Crème brûlée  

deser mojego taty

moja mama ze swoim deserem - jakies lody z czymś tam

sexy rybak w Sopocie

Sopot

Sopot

Sopot

a tu już Gdańsk

jarmark św. Dominika stoisko z chlebem

oczywiście, że to Gdańsk

diabelski młyn w Gdańsku





ul. Mariacka

też Mariacka

bursztynowa arena - widok z promu

na promie, w tle Westerplatte

ciemne chmury nad Zatoką i mnostwo statkow na redzie

szwedzki brzeg i mnostwo alg w morzu

czwartek, 31 lipca 2014

Wakacje z mężem

Jestem w domu. W swoim domu. Trawa wypalona, kwiaty w połowie suche. Z Gdańskiem, rodziną żegnałam się, jak zwykle zresztą, z rozdartym sercem. Trzy tygodnie w Polsce to zdecydowanie za krótko. Właściwie dwa, bo ten trzeci tydzień spędziłam dodatkowo w towarzystwie męża. Mąż przypłynął do Gdańska w poprzedni poniedziałek. Staliśmy (rodzice i ja) w porcie i patrzyliśmy na wyjeżdżające samochody z promu. W końcu, po około 40 minutach gapienia się dojrzałam moje volvo, którym jechał mój mąż. Pomachałam do niego. Zatrzymal się, wsiadłam do samochodu i na przywitanie usłyszałam od niego - Jezu, jaki upał! Spojrzałam na niego, jego spocone lico pobłyskiwało w słońcu. Co prawda mial na sobie t-shirt, ale zamiast szortów - dlugie dżinsy. Okazało się, że szortów w ogóle z sobą nie zabrał. W domu mama powitała go tortem kanapkowym, a po posileniu się pojechaliśmy do Praktikera pooglądać kafelki łazienkowe. Ronny stwierdzil, że w Umea w sklepach z glazurą nie ma co wybierać. Królują kafle albo czarne, albo białe między ktorymi można przy odrobinie fantazji wmontować mozaiki w różnych kolorach. A mamy do wyremontowania dwie lazienki. Ronny od razu wskazał na komplet kafli z Opoczna, ktore przyozdobią łazienkę Natty. Ja wybralam kafelki i podlogę do naszej lazienki. W domu tata i Ronny zaczęli liczyć ile metrow kwadratowych maja te lazienki i ile kartonów glazury trzeba kupić. Moj Dyzio  marzyciel wymyslił sobie, że te kafle i terakotę zapakuje do mojego samochodu. Ja rzuciłam się do książki z dokumentacją auta i natychmiast zaprotestowałam. Mój samochód może przewieźć max 650 kg. Powiedziałam, ze absolutnie się nie zgadzam, że skoro wybieral się na takie zakupy do Polski, to mógł zabrać przyczepę. Zwlaszcza, że ten zakup będzie ważył 900 kg! "Jak tak, to nie będzie żadnego remontu łazienek!" - wykrzyknął Ronny, a ja odparowałam, że może własnie teraz uruchomić swoje kreatywne myślenie tak wychwalane  pod niebiosa przez szwedzką szkołę, jako jej największy edukacyjny sukces.   Faktem jest, że do szkoły to on chodził jakies sto lat temu. Cały wieczór myślał, myślał i w końcu wymyślił. Glazura miala być przetransportowana promem jako wielka paka i tym zajął się sklep, a z Nynäshamn odbierze ją samochód z firmy Ronnego. Ronny wykonał kilka telefonów i już jutro glazura przyjedzie do nas do domu. Mam nadzieję, że w całości, a nie w kawałkach.
Następnego upalnego dnia czekało na nas inne zadanie - kupić szorty dla Ronnego. Nie jest to łatwe, bo sam klient sprawia duzo problemów. Nie lubi przymierzać, stroi fochy i nienawidzi chodzic po sklepach z ciuchami. Pojechalismy do galerii na Przymorzu i zaczęło się. W jednym sklepie nie było jego rozmiarów, w drugim był, ale rozporek zapinal się na guziki, w trzecim też byly, ale w jakies smieszne kratki, ktore w żaden sposob nie mogly rozweselic coraz bardziej kwaśnego Ronnego. W Reserved spocony Ronny stal w przymierzalni, a my z mamą donosiłysmy mu kolejne szorty, a ten jak dzieciak to wciągal na siebie swoje grube dżinsy, to znowu ściągal je z siebie i mówił, że już ma dosyć tego przymierzania. Ja powiedzialam, że nie opuścimy tego sklepu, dopóki na jakieś się nie zdecyduje. W końcu wskazal palcem na granatowe do kolan. Poszedl do kasy, zaplacił i znowu wrocił do przymierzalni, by się w nie ubrać, bo oznajmiłam, że teraz jedziemy na plażę. Z plaży w Jelitkowie przeszliśmy brzegiem morza do Brzeźna. Żar lał się z nieba, a Ronny błogoslawił swoje nowe szorty mowiąc, że są warte każdej korony. Kolejne dni mijaly szybko i w bardzo urozmaicony sposób - pojechalismy z moim bratem i jego dziecmi do Szymbarka do słynnego domu postawionego do gory nogami. Dla mnie to już była czwarta z kolei wycieczka do tego uroczego miejsca, dla Ronnego pierwsza. Dziarsko wszedl do tego przewróconego domu i od razu stracił równowagę. Nie spodziewal się, że w tym domu po prostu traci się balans, błędnik w uchu szaleje, gdy chodzi sie po suficie. Wszyscy zwiedzający trzymali się ścian i poręczy, by móc zrobić kolejny krok. Na terenie skansenu oprócz tego domu znajduje się piekny hotel, restauracje i bary, park linowy, bunkier organizacji kaszybskiej Gryf z II wojny światowej, replika pociągu, ktory wywozil Polakow na Sybir, najdłuższa deska świata i piękne domy z bali. Cudo architektoniczne. Innego dnia pojechaliśmy z rodzicami do Elbląga. Odwiedziliśmy moich dziadków na cmentarzu, a potem przeszliśmy się po pięknej, wypucowanej starówce Elbląga. Mama zaprosiła nas na wyśmienity obiad do restauracji. A mój tata opowiadał o swoim dzieciństwie w Elblągu. W miejscu, w ktorym jedlismy obiad były same ruiny po wojnie, a jeden kumpel mojego taty  - student medycyny wygrzebał ze zrujnowanego niemieckiego grobowca czaszkę i inne kości, by uczyć się na nich anatomii. W restauracyjnym ogródku przy sasiednim stoliku siedziały i raczyły się wykwintnymi deserami cztery stare Niemki - zamożne emerytki, , które zapewne odwiedziły swoje miasto dzieciństwa. Do ogrodkowego płotka podeszła polska wyschnięta staruszka z chudziutkimi rączynami prosząc o datek. Mówiła do nas po...niemiecku. Jej zamożne, z Zachodu syte "koleżanki" wyciągnęły portmonetki, by jej dać pieniądze. Ronny również się dorzucił. I usłyszał w zamian "danke" od malutkiej staruszki. Tak wyglada sprawiedliwość dziejowa! Uważam, że powinno być na odwrót. Jesli już w ogóle ktoś ma kogoś prosić o wsparcie, to powinny być to te Niemki. Czwartkowego wieczoru Ronny został sam w domu, bo mama, tata i ja poszliśmy do...teatru. Bilety dostaliśmy od naszego znajomego aktora, który zresztą grał główną rolę w tej sztuce o Broniewskim. O przedstawieniu powiem jedno - bardzo dobre. Ten, kto obejrzy, to w ciekawy sposób pozna życie i tworczość poety - Polaka,  katolika, alkoholika, kobieciarza, patrioty. Poza tym włóczylismy się po Sopocie, Gdańsku robiąc przystanki w kafeteriach, grill u mojego brata i już trzeba bylo sie żegnać z rodziną i Gdańskiem. Z wyjazdu do Bialegostoku nic nie wyszło. Nie przejechalam się rownież na diabelskim młynie ustawionym na starówce. Na promie spędzilismy widowiskową noc. Pioruny oświetlały spokojne morze. Pięknie to wyglądało. Mama zaopatrzyła nas w wałówke i w kabinie urządziliśmy sobie prawdziwą ucztę, a zamiast świec mieliśmy w oknie przepiękny, romantyczny i purpurowy zachód słońca. Następnego dnia wczesnym popołudniem zjechaliśmy z promu na ociekający upałem szwedzki ląd.