niedziela, 18 maja 2014

"...wielkie słońce światem biegnie sypiąc złote skry"

Cóż to byla dzisiaj za niedziela! Nareszcie upał!  Żyć się zachciało! Poczulam w sobie jakieś odradzające się siły. Powiem więcej - poczułam się jak ten Feniks odradzający się z popiołu. Widać to o mnie śpiewała Conchita. Taras, kawa, trawa, spotkanie z rodaczkami w ogrodzie jednej z nich. Grill i sałatki. Aż krzyknąć się chce „Jeśli przed jaką złudą myśli moje klękną i powiedzą  trwaj niedzielo, niedzielo jesteś piękną!” No, moglabym tak wyspiewywac peany na cześć słonecznej i gorącej niedzieli bez końca. Najblepiej pasowałaby tu „Oda do radości”, nareszcie znalazlam wlasciwy kontekst dla tej ody. A skoro juz jestem w temacie Europy, to musze Wam powiedziec, ze wszyscy w rodzinie zrobilismy test sprawdzajacy nasza polityczna świadomośc i przynależność partyjną. Wybory się zbliżają, a moje corki - Renee i Natta nie maja pojęcia na kogo glosować. Media przyszły z pomocą publikując w Internecie tak zwany kompas wyborczy. Jest to zestaw 30 pytań typu czy uważasz, że islam jest zagrożeniem dla wartości europejskich, czy wprowadzenie Euro waluty jest dobre dla kraju itp. W odpowiedzi trzeba było klikać albo w „zgadzam się” lub „prawie sie zgadzam” czy „nie zgadzam się”, czy „definitywnie nie zgadzam się” lub w opcję „nie wiem”. Po zrobieniu testu wyskakiwały nazwy partii, ktore pogladowo odpowiadają moim odpowiedziom i profile kandydatow do europarlamentu, ktorych  odpowiedzi pokrywają sie z moimi. Okazało się, że w naszej rodzinie panuje istny melanż. Paulina glosuje na zielonych, Renee też lub na partię FI czyli Feministycznyą Inicjatywę, a ja na prawicę – Chrześcijańskich Demokratów (nawet by mi do glowy to nie przyszło). Generalnie jestesmy rozpięci od prawicy (nawet tej skrajnej) do lewicy i od euroentuzjastow do eurosceptykow. Największym eurosceptykiem jest Ronny. Wywiązala się dyskusja graniczaca z klotnią. Jednak polityka to śliski temat. Ja jednak podeszlam do sprawy powazniej, bo zaczęłam klikac w profile tych „moich” kandydatow. Odrzucilam wszystkich, ktorzy zarobili ponad milion w roku 2013, następnie odrzuciłam dziadów po 60 – tce z dużymi dochodami, odrzuciłam również wszystkich tych, którzy mówią „tak” eutanazji, no i w dalszym ciągu nie wiem na kogo głosować. Z całą pewnością ja, ktora jestem za Unią, nie bedę oddawac glosu na kogoś, kto chce tę Unię rozsadzić. A teraz z innej beczki.  W naszej regionalnej gazecie Västerbottens – Kuriren znalazlam mapkę z zaznaczonymi dziewięcioma najlepszymi miejscami na picknick w city . Tym „city” to ma być Umeå. Aż parsknęłam śmiechem na widok tego słowa, bo bardziej pasowałoby „town” z akcentem na przymiotnik „small”. Już sama ilość tych uroczych miejsc na idylliczny picknick sugeruje, że „city” to na pewno nie jest. Już u mnie na wsi więcej mozna znaleźć tych miejsc na uroczy picknick. Natta z kolei opowiedziala nam swoje wrażenia z wycieczki z kolezankami. Dzisiaj nad ranem wrocila ze Sztokholmu, z ktorego trzy dni temu wyplynęła w rejs do Rygi. Słow brakuje, żeby opisać co na tym promie się działo, czy dzieje. Alkohol, seks i totalne rzyganie. Nie wiem, kto z tego typu rozrywek korzysta, ale prom można spokojnie nazywać Sodoma i Gomora. Natta opowiadala, ze jakis chlopak dostal bardzo atrakcyjne wyzwanie   – gdy obliże kibel, to dostanie dwa kieliszki wódki za darmo. Widac na tym statku takie zabawy zorganizowano dla moczymord. Na tym promie nie pije się, tylko chleje. Zwlaszcza, ze rejs jest tani, a ceny niskie w porownianiu ze szwedzkimi. Jest to taka pływająca Ibizza. Niewiele osób schodzi na ląd w Rydze, z tej prostej przyczyny, że po prostu nie może utrzymac sie na własnych nogach. Zreszta po co w ogóle schodzic? Skoro na pokladzie znajduje się basen z pianą w ktorym można baraszkować, a poza tym nie wszyscy w ogole wiedza, do jakiego kraju płynęli. I pomyślec, że są to przedstawiciele nacji, która brzydzi sie seksizmem. W tym momencie aforyzm Leca az prosi się o zacytowanie, w troche zmienionej wersji: "Wróciłem z podróży po prowincji i stwierdziłem, że cała Szwecja jest krajem nadmorskim. Leży nad morzem wódki". Stanisław Jerzy Lec    


niedziela, 11 maja 2014

Kiełbasa i masło czyli refleksje po kolacji zwanej Eurowizja.

Wczorajszego wieczoru byliśmy świadkami wielkiego zwycięstwa kiełbasy nad masłem, pewnie dlatego, że odchudzająca się  Europa nie wcina masła bogatego w tłuszcz i cholesterol tylko chudą margarynę lub jak kto woli jest to zwycięstwo gender nad zacofaniem. Bo musicie wiedziec, że w szwedzkiej prasie dziwiono się nad tym czy w Polsce nie ma pralek, to raz, a po drugie- ironicznie ubolewano nad losem biednych Polek zepchniętych do roli gospodyń domowych, które takie oto czynności jak pranie na tarze i ubijanie masła wykonują na co dzień. Jednym zdaniem tak właśnie wygląda powszedni dzień przeciętenj Polki. Najmocniejsze jednak oskarżenie pod adresem polskiej druzyny na scenie to SEXSIZM. To zbrodnia numer jeden w nowoczesnej Szwecji. Im sexsizm najwyraźniej się już znudził, w końcu królował kilka dekad i nazywał się wyzwoleniem, szczególnie wyzwoleniem kobiet. Rozpetala się debata w prasie i na internecie na temat biednych, zniewolonych, upodlonych polskich kobiet. Jakie one sygnaly wysylają?! Dzieci tego nie mogą ogladać! Jedna zgorszona napisala, że jej mąż zmienił kanał podczas występu polskich dziewczyn, żeby ich mała córka nie miała złych wzorcow do nasladowania i nie zostala zdeprawowana. Aż chciałam ją zapytać, czy jej mąż również zmienił kanał, gdy śpiewała brodata kiełbasa. Wnioskow z tych debat wyciągnęłam kilka:
  • ·         Polskie kobiety są niedouczone i nienowoczesne, tkwią dalej w latach 1950
  • ·         Na scenie występowały dziwki
  • ·         To prymitywne eksponować biust, a już taki obfity, to zbrodnia przeciwko ludzkości
  • ·         Polki są zniewolone – robią to, co im mężczyźni każą
  • ·         Polki są prymitywne

Także moje Polki jak widzicie nastroje szybowały od współczucia aż do głębokiej pogardy. No i co z tym nieuświadomieniem zrobić? W Szwecji niektóre feministki z odłamu tych ultrafeminstek są obsesyjnie wręcz nastawione do wszystkiego co kobiece i z każdej kobiety zrobią ofiarę. Odznaczają się przepranym mózgiem, cytują jakieś lewackie naukowe pierdoły i walczą. Nie wiem czy o tym pisalam, ale takie modelki wpadły raz do kościoła katolickiego w Sztokholmie podczas mszy i nagle zrzuciły z siebie łachy, by zaprezentować swoje bojowe hasła wypisane czerwoną farbą na swoich biustach.


Nie mylcie tego z sexizmem. Szwedkom widać piersi służą jako tablica ogłoszeniowa do demonstracji swoich poglądów. Potem się skarżyły w gazecie, że wywalono je z kościoła.  Najgorsze jest to, że tego typu baby - femiterrorystki nie mają kompletnie dystansu do tego co widzą czy nawet same robią, bo po basenie chcą łazić topless. Wszystko problematyzują, analizują i są przy tytm śmiertelnie poważne. Jedyna droga do zbawienia to gender no i walka z męskim szowinizmem. Gdy tak wczytać się w ich hasła i programy, to odnosi się wrażenie, że Szwedki są najbardziej ucieśnionymi przez facetów kobietami na świecie. I teraz to już nie wiem komu bardziej współczuć – Polkom czy Szwedkom? A Umeå obfituje w takie egzemplarze "kobiecości". Mam nadzieję, że w przyszłości nie będę musiała przemykać po ulicach w jakiejś burce na głowie, by nie zostać posądzoną o sexizm. Wczoraj w nocy bylismy świadkami narodzin nowego ideału kobiety wylansowanego przez Conchitę Wurst. 
Zapewniam jednak, że lojalnie i patriotycznie podczas głosowania wysłaliśmy wiele sms-ów na polską piosenkę ze wszystkich mozliwych telefonów, ktore krążą po domu. Trochę zdziwieni byliśmy, że Anglia i Irlandia obdarzyła polski hicior zerem punktow. Weszłam zatem na tabelę obrazującą rezultat głosowania poszczególnych krajów i wszystko stało się jasne – jury w Anglii i Irlandii sytuowało Polskę na ostatnich miejscach, a publika wcale nie zawiodła, ich telefony były czerwone od dzwonienia, na pierwszym miejscu. Głosy liczyły się 50/50 zatem rachunek jest prosty jeśli 5 jurorow z Anglii ustawia Polskę na 25 miejscu, a publika na 1, to 12,5 plus 0,5 daje nam 13 miejsce i sprawa jest jasna - 0 punktów. Dobra, było, minęło i nie ma co się roztkliwiać nad tym. Teraz trawi mnie inny problem, z ktorym sobie nie poradzę. Jest to problem dotyczacy wiosny. Jest po prostu zimno, a do tego zimna dołączyl także deszcz, ktory pada tak od piątku. Biedne pączki na drzewach nie mają nawet szansy, by zamienić się w liście, a ja z kolei chcialabym w końcu ubrać lekkie pantofle albo baleriny, jakąś sukienkę czy spodnicę i lekki płaszczyk. A tu nic z tego! Ciągle jest tylko 5 stopni, rękawiczki na rękach, puchowa kurteczka na grzbiecie i dżinsy. No ile tak można? Chcę razem z ciepłą wiosna obudzić w sobie sexy kobietę – fryzurka, paznokcie, długie rzęsy. Jutro chyba jednak nic z tego, bo ma być co prawda aż cale 9 stopni, ale skąpane w deszczu. Samochód mi się przynajmniej umyje. A drugi problem to wąsy. W trakcie głosowania na piosenki powiedziałam rodzinie, że gdy Conchita wygra, to ja w poniedziałek przykleję sobie wąsy i tak pojade do pracy. Conchita wygrała, a ja nie mam wąsów!   

A tu ciekawa interpretacja zabawy w zmianę płci:
      J.A.D Ingres Odaliska i......................................Odalisek?

poniedziałek, 5 maja 2014

U mnie w Buller - byn

Dla Loli.
Trzy tygodnie od mojego ostatniego wpisu przegalopowały w okamgnieniu. Nie wiem, co się z tym czasem dzieje, ale jego upływ moge już tylko porównać do jakiegoś huraganu, który wieje 1000 km na godzinę. Szast prast i jutro już jest dzisiaj. Właśnie rozstałam się z moimi wspaniałymi gośćmi, czyli moimi rodzicami. Ich przyjazd zainaugurował Wielki Tydzień, podczas którego pogoda sprawiła raczej przykrą niespodziankę, bo po prostu było zimno jak cholera. Miałam wtedy urlop i usiłowaliśmy nawet kulturalnie zwiedzać zimne, szaro-bure i rozkopane miasto. Zawiozłam rodziców do Västerbottensmuseum położonym w skansenie Gamlia, obejrzeliśmy wystawę rzemiosła Samów oraz stałą wystawę dotyczącą Umeå. Na wierzchu leżały stare gazety Västerbottens- Kuriren  spięte rocznikami w potężne wolumeny. Przekartkowałam rocznik 1945, a konkretnie styczeń. Chciałam po prostu przeczytać, co takiego szwedzka prasa pisała o wyzwoleniu Warszawy. Zreszta każdy numer gazety donosił o jakichs wydarzeniach na frontach II wojny światowej.    Chcieliśmy rownież zajrzeć do chałup, które znajdują się na terenie skansenu, a które przenoszą nas w siermiężno - wiejskie czasy Szwecji. Chociaż to było gospodarstwo zamożnego chłopa. Drzwi do chałup okazały się na głucho zamknięte. Wkurzyło mnie to. Miasto jest niby stolicą kultury, a tych kilka pożal się Boże przybytkow kultury, ktorymi dysponuje okazuje się nieczynne! Na moim blogu chcialam bardzo zachęcać do odwiedzenia miasta w celach kulturowych, ale już mi to minęło (zachęcam za to do odwiedzenia Rzymu i Gdańska). Chyba, że ktoś ma ochotę popatrzeć na roboty budowalne w centrum miasta i obejrzeć, jesli akurat będą czynne, kilka wystaw. Na objazd samego miasta wystarczą trzy - cztery godziny. Zatem zastanówcie się, czy chcecie umoczyć mnóstwo kasy na dojazd tutaj plus wikt i opierunek. To jest jakaś parodia stolicy kultury, bo nawet samo miasto nie powala swoją urodą. Jedyne happeningi czy performance organizowane w weekendy, to wszelakiej maści demonstracje. Dwa tygodnie temu maszerowały kobiety pchając przed sobą wózki dziecięce, demonstrowały za, a nawet przeciw - przeciwko śmierci matek w połogu i za bezpieczną aborcją, oczywiście dotyczy to kobiet z krajów rozwijających się - Afryka, Azja. Wszystko w jednym. W zeszłym tygodniu odbyły się aż dwie demonstracje! Jedna, wiadomo ta pierwoszomajowa i druga wczoraj - marsz pobitych i maltretowanych (przez mężczyzn) kobiet. Wszystkie były pomalowane w sianiaki i wszelkie rany. Myliłby się kto, sadząc że to przemarsz jakichś zombie. Jak się okazuje nawet ofiara przemocy, tej męskiej oczywiście, może wystąpić jako dzieło sztuki, gdyż ten korowód pobitych został ochrzczony mianem art-performance. Wygląda na to, że Umeå stawia najwyraźniej na sztukę z gatunku tych makabrycznych, takie współczesne danse macabre. A w radiu usłyszałam, że miasto w związku ze swoim statusem miasta kultury podejmie temat praw człowieka. Ale w jakiej formie się to odbędzie, to jeszcze nie wiem. Kolejną innowacją zaprowadzoną w mieście jest przyzwolenie na topless na miejskim basanie. W ramach równości płci. Jeszcze przed przyjazdem moich rodziców rozpętała się debata na ten temat, a to dlatego, że jakieś dwie dziewczyny pływały topless i zostały przez to wyproszone z basenu. Podniosły raban - włączyły w to media, bo czuły się dyskryminowane i jakaś rada, nie wiem czy miejska czy basenowa, wyrazila w zeszłym tygodniu zgodę na obnażanie się. Ronny zatarl rece z uciechy i powiedzial, ze bardzo fajna jest ta równość i on osobiście uważa, że kobiety są bezwzględnie dyskryminowane przez obowiązek noszenia bikini. Od razu zapytał Mikaela i Jensa czy  nie poszliby przypadkiem na basen popływać trochę. Nie wiedziałam, ze mój mąż jest aż takim feministą. Wielki Tydzień mijał nam bardzo sielankowo i spokojnie. Bez żadnego przedświątecznego stresu. Nasze pisanki, ubrane w koszulki z polskimi wzorami folklorystycznymi na tle kultury Umeå prezentowaly się najpiękniej. Święta obdarowaly nas również bardzo ciepłą, a momentami gorącą pogodą. Rodzice siedzieli na tarasie i opalali się, a resztki śniegu na trawniku topnialy w oczach. Ptaki oszalały z radości i wyśpiewywały ją na wszystkie możliwe strony świata. W takie ciepłe dni siedzieliśmy na tarasie, dyskutowaliśmy, na temat Ukrainy też, wystawialiśmy się do słońca. Mikael w lesie obok nas piłował drzewa i stwierdzilam, że u nas normalnie panuje atmosfera rodem z "Wiśniowego sadu". Jedynie tytuł  zamienilabym na "Sosnowy las". Wieczorami grywaliśmy w scrabble lub Paulina rżnęła z moimi rodzicami w karty, a ja w tym czasie czytałam im na głos "Kartki z kalendarza" Kornela Makuszyńskiego, chociaż prosili mnie bym przestala, bo to nie pozwalało im się skupić nad grą. Ja wybrałam z kartek rozdział "Brydżowe brednie", bo chciałam im podpowiedzieć parę fajnych odzywek karcianych, na przyklad "piki - optyki" lub "piki - patyki". Zamiast trefle mozna przecież powiedzieć "trefelki - kolorek niewielki albo: trefeliansy, albo kolor trefloidalny, albo fretle".
W zeszłym tygodniu, gdy ja zajęłam się prozą życia, Paulina z moimi rodzicami zaatakowaly Bild muzeum (Bildmuseet), proszę kliknąć w ten fioletowy link. I co sie okazało? Ano to, że tylko dwa piętra były czynne! Reszta zamknięta, bo przygotowywano wystawę, której vernissage odbył się przedwczoraj. Dla moich rodziców było to już za późno. Uważam, że montowanie kolejnych wystaw trwa zbyt dlugo. Nie ma żadnego tempa. By skorzystać z tej kultury, to trzeba tu chyba zamieszkać najlepiej przez cały rok, wtedy może czlowiek załapie się na te nowości.
Ktoregoś dnia pojechalismy do kościoła, w ktorym Paulina brała ślub. Oczywiście kościół był zamknięty, wobec tego obeszlismy przykościelny cmentarz. Odczytywaliśmy stare nagrobki, na ktorych oprocz nazwiska i imienia byl rownież wykuty zawód, także obok szewca leżał w sąsiednym grobie lekarz. Po obchodzie zauważyliśmy, że ktoś jednak otworzył kościół, zatem powspominaliśmy nasze wielkie wydarzenie rodzinne. Kościól otworzono, bo okazało się, że w kościelnej sali gościnnej miala odbyć się impreza urodzinowa dla tegorocznych 60 -latków. Przyszło całe 6 sztuk. Jeden z nich to nawet przyjechał na motocyklu. Dziarski 60 - latek wkroczył  odziany w skórzane spodnie i kurtkę, a zobaczywszy nas zapytał czy my tez idziemy na imprezę. "My, to znaczy kto?" - zapytala Paulina - bo mi jednak brakuje jeszcze trochę do 60 - siątki. "No, ja też jeszcze jestem za młoda na tę imprezę" - dorzuciłam. "Możemy jednak wejść, jeśli zaproszenie jest otwarte" - dodała Paulina. Organizator popatrzyl na nas i nic nie odrzekł. Rodzicom przetłumaczyłam całą gadkę prowadzoną po szwedzku i oni powiedzieli, że sumując nasze lata i wyliczając średnią, to tez nam brakuje kilku lat do sześćdziesiątki, ale na imprę możemy iść, jesli nas zaprosza. Kościelny jednak nie wykonał żadnego gestu w tym kierunku.
Wracając z cmentarza zajechaliśmy do szkoły Renee. Okazało się, że szkoła miała tak zwany dzień otwarty. Na ławkach ogrodowych umieszczonych przy szklarniach siedziało kilkanaście osob, grillowało, piło kawę, sączyło soczki z kartonikow ze słomką i wcinało ciastka. Cholera wie, co to był za dzień otwarty, skoro nawet nie zaproszono nas do wspólnego stolu. Byłam tym bardziej zdziwiona, bo po wyjściu z samochodu na pierwszą osobę, na którą się natknęłam była wychowawczyni Renee. Rektorka szkoły powitala moich rodzicow, potrząsnęła ich rękami w geście powitania i przedstawiła się jako Eva. Bo wiecie - w Szwecji jest równość, nie ma żadnych pań i panów i wszyscy mówią do siebie po imieniu. Głodni i trochę zmarznięci pojechaliśmy do domu. Jakoś nigdzie nie mieliśmy szczęścia, nikt nas nawet nie zaprosił na kawę czy ciastko.W domu za to dogadzaliśmy sobie kulinarnie. Jedliśmy smacznie i same delikatesy - polską szynkę, polską polędwicę, moj sernik, łososie, röding (też ryba, z łososiowatych, strasznie dobra i strasznie droga, ale warto). W gościach u Mikaela rodzicow dostaliśmy obiad iście krolewski - polędwica renifera. Palce lizać. Niestety, porażka też się trafiła. Grill. Ronny przypalił na czarno karkówkę! Ucztowaliśmy na werandzie, zapach grillowanego mięcha dochodzil do nozdrzy i pobudzał soki żołądkowe,a tu zamiast soczystego mięsa Ronny zaserwowal nam jakieś węgle na talerzu. Wkurzyłam się strasznie. Wywiązała się między nami pyskówka. Mama usilowała jakoś mnie uspokoić pocieszając, że to się da jeść i nie jest takie złe. A Ronny siadł przy stole, wzniósł kieliszek z wódką i gromkim głosem zawołał: "Witajcie w Szwecji"! Wszyscy gruchęli śmiechem. No, chociaż raz udało mu się rozładować napięcie, ktore zwykle sam napina. W nocy z ostatniego kwietnia na pierwszego maja urządziliśmy ognisko w lesie - Valborg, czyli noc Walpurgii. Ogniem, piwem i jedzeniem usilowaliśmy wyrzucić zimę, a przyjąć wiosnę. Zrobiliśmy to chyba jakoś źle, bo na pierwszego maja spadł śnieg. Okej, prawie natychmiast zniknął, ale było zimno i ogólnie marcowo, a nie majowo. I tak jest w dalszym ciągu.  Tak oto było u mnie w Buller - (słowo to oznacza: hałas) -byn (a to znaczy tyle, co wieś).


   

piątek, 11 kwietnia 2014

O pewnym szalu.

Nareszcie jest piątek, ostatni dzień pracy i początek mojego urlopu! Weekend przeznaczę na sprzątanie i pucowanie chałupy, bo w poniedziałek zjadą się goście - moi rodzice we własnej osobie! A sam miniony tydzień obfitował w różne zdarzenia, jednym z nich byla naprawa samochodu i same przyjemności z tym związane. O siódmej rano zameldowałam się z moim samochodem w warsztacie. Wyjechałam z domu po szóstej rano, przed wyjazdem wzięłam z sobą prezent urodzinowy, który dostalam od mojej szwagierki. Ronny zawsze rano zatrzymuje sie przy naszej skrzynce pocztowej, by zabrać gazetę, a oprócz gazety w skrzynce znajdowała się rownież przesyłka do mnie. Mechanik zajął się samochodem, a ja siadłam na krześle i zaczęłam odpakowywać prezent. Kochani, prezent spoczywał w niewielkim pudełeczku.
O, w takim właśnie:

 Z otworzonego pudełeczka wyszedł wieeeeelki, cieniutki szal. O taki:
W związku z tym, że w tym warsztacie mialam czas, to weszlam na strony Louis Vuitton, by sprawdzić, ile to cudo kosztuje. No i zobaczyłam - 595 € lub jeśli kto woli w funtach to 510 £

Szwagierka napisała, że po prostu zasługuję na taki prezent i tutaj muszę przyznać jej rację. Nawet rachunek za wymianę piasty czy tego tam łożyska w samochodzie nie doprowadził mnie do rozpaczy. Wioząc taki szal - 70% kaszmir i 30% jedwabiu - czułam się jak hollywoodzka żona.
Po powrocie z pracy pokazalam Ronnemu szal i cenę. On tylko wywrocił oczami do góry, westchnął i stwierdził, że z jego siostrą musi dziać się coś niepokojącego. Jemu się po prostu w głowie nie mieści jak jakiś zwykły szalik tyle może kosztować. Pouczyłam go, że to nie jest zwykły "szalik". Jego niezwykłość tkwi właśnie w szlachetnym materiale, to raz, a dwa czy on nie uważa, podobnie zresztą jak jego siostra, że ja ZASŁUGUJĘ NA NIEGO!?    

niedziela, 6 kwietnia 2014

Weekend z Legionem

Obejrzałam kolejny odcinek narodowego serialu Ranczo i kichnęłam trzy razy, na znak, że jutro już będe zupełnie zdrowa. Zafundowałam sobie weekend w domu. Nawet nosa poza drzwi nie wychyliłam. Powiem więcej CAŁĄ SOBOTĘ przeleżałam w łóżku, oczywiście nie sama, tylko z Legionem. Konkretnie z powieścią Cherezińskiej Legion. Na szafce przy łóżku piętrzyły się talerze, talerzyki i filiżanki z herbatą z cytryną, imbirem i miodem, które jak wiadomo nie są, skuteczym medykamentem o czym dowiedziałam się z internetu (patrz poprzedni wpis). Paulina wzruszyła tylko ramionami, gdy zburzyłam mit o zdrowotnych właściwościach tej herbacianej mikstury i podając mi goracy kubek powiedziała: "Pij i potraktuj to w takim razie jako placebo". W mojej sypialni, w moim łóżku znajdowalam się poza orbitą wszelkich domowych wydarzeń. I wiecie co, było super! A powieść jest po prostu NIESAMOWITA. Cherezińska napisała arcydzieło. Księga ta liczy ponad 700 stron i wczoraj udało mi się pokonać ponad 300. Akcja powieści rozgrywająca się podczas kampanii wrześniowej i okupacji toczy się błyskawicznie. Ona nie wciąga, ona wsysa. Konstrukcja powieści jest podobna do konstrukcji filmu Tarantino Bękarty wojny. Zresztą ta powieść jest, jak to sama autorka napisała o bękartach wojny czyli Brygadzie Świętokrzyskiej walczącej ze Szwabami i Sowietami. Ich odwaga była imponująca. Uważam, że ta powieść powinna zastąpić podręcznik do historii, bo podaje fakty, nazwiska, alianse, pakty, krok po kroku tworzenie się polskiego podziemia w sposób filmowy i jasny i bez zadnej potrzeby wklepywania na pamięć, bo sama wchodzi do głowy jak szampan. Czy wiecie, że liczba różnych organizacji w okupowanej Polsce wahała się do roku 1942 od 50 do 100? Ta, ktora bezpośrednio podlegała rządowi polskiemu w Londynie nazywała się Związek Walki Zbrojnej. Rząd w Londynie dążył do scalenia wszystkich tych organizacji w jedną pod nazwą Armii Krajowej. Dzięki tej powieści pogłębiłam również moją wiedzę o AK i to niekoniecznie tą pozytywną. Imponująca jest dla mnie liczba tych organizacji. Świetnie i zarazem komicznie opisane jest tchórzostwo Francuzów, chaos i ślamazarność w podejmowaniu decyzji przez Anglików. No, aliantów mieliśmy pożal się Boże, którzy, po napaści Niemcow na Sowiety od razu pokochali Stalina i podczas ustalania granic okazali się zwykłymi zdrajcami. Ale o tym to wszyscy wiedzą. Najciekawsze jest to, że gdy się czyta tę powieść to trudno uniknąć porównań z czasem teraźniejszym. mam na mysli naszych aliantów z NATO, ktorzy tak rwą się do obrony Polski. Gdy Amerykańcy będą w razie inwazji Rosji na Polskę bronić nas, to będzie ta obrona podobna do tej sowieckiej z 1945 roku. Gdy Sowieci wyzwalali, to zostawały po nich tylko zgliszcza. Amerykanie często trafiają w ludność cywilną, a ich bomby często obierają sobie za cel szpitale, osiedla mieszkaniowe lub kolumny autobusów z namalowanym czerwonym krzyżem. Takim wyzwoleńczymi akcjami popisali się w byłej Jugosławii, Iraku, Afganistanie. Dla Amerykanow bitwa na czyimś terenie (byle nie na swoim własnym) to będzie tylko okazja do trenowania w strzelaniu do celu i polatania sobie. Zresztą mój dziadek, ktory przeżył piekło wojny - był więźniem obozu koncentracyjnego, no i miał rownież bardzo przykre doświadczenia z czerwonymi, powiedział mi jasno, że te wszystkie alianse są kompletnie nic nie warte. Na nikogo nie można liczyć, a przede wszystkim nikomu wierzyć. Mial na mysli aliantow, bo Niemcow i Rosjan, to w ogóle nie brał pod uwagę jako przyjaciół, tylko wrogów. Mam jedynie nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli przekonywać się o lojalności dzisiejszych naszych aliantów z NATO. A teraz spieszę się do Legionu, bo to jest w tej chwili moje najlepsze towarzystwo.               

piątek, 4 kwietnia 2014

Zasmarkany i muzyczny wieczór

Jest piątek, ale nie mogę w pełni cieszyć się nim, a to z tego powodu, że jestem koncertowo przeziębiona! Tym cholernym przeziebieniem poczęstowal mnie nie kto inny, tylko mój własny mąż. Wczoraj bolały mnie wszystkie gnaty, a dzisiaj zatoki, szczęki, policzki. Jedyne, co mnie nie boli to uszy. No, ale przede mną jest jeszcze sobota i niedziela. Do poniedzialku będę zdrowa. Także jak widzicie weekend mam zorganizowany. Nie bardzo wiem tylko jak się leczyć. Dzisiaj znalazłam na onecie artykuł Największe kulinarne zbrodnie, ktore popełniamy każdego dnia. Przeczytałam i zbaraniałam! Nagle dowiedzialam się, ze ta medycyna, ktorą leczylam się całe życie czyli gorąca herbata z cytryną jest zupelnie bezwartościowa! Szok. Mozna powiedzieć, że ja wlaściwie się trułam, a nie leczyłam. Proszę bardzo oto dowód: "Wiele z nas kocha go­rą­cą her­ba­tę pod­ra­so­wa­ną pla­strem cy­try­ny, łyżką miodu, ka­wał­ka­mi świe­że­go im­bi­ru. W końcu wia­do­mo: cy­tru­sy to bomby wi­ta­mi­ny C, imbir za­wie­ra olej­ki ete­rycz­ne o dzia­ła­niu prze­ciw­za­pal­nym i od­ka­ża­ją­cym, a miód ma wła­ści­wo­ści an­ty­bak­te­ryj­ne. – Nie­ste­ty, całe bo­gac­two miodu, w tym enzym prze­ciw­bak­te­ryj­ny, ginie w tem­pe­ra­tu­rze wyż­szej niż 40°C – mówi Ka­ta­rzy­na Bo­sac­ka, au­tor­ka pro­gra­mu "Wiem, co jem" w TVN Style. Miód do­da­ny do go­rą­ce­go na­pa­ru ma już tylko wa­lo­ry cukru: puste ka­lo­rie. A imbir? Po­wszech­nie radzi się za­le­wać go wrząt­kiem, ale wielu ży­wie­niow­ców uważa, że po­wy­żej 70°C spada jego dzia­ła­nie prze­ciw­za­pal­ne i traci wiele wi­ta­min. Tak jak cy­try­na, którą ze wzglę­du na wit. C le­piej do­da­wać do chłod­nej her­ba­ty. Ale naj­le­piej… nie do­da­wać jej w ogóle. Her­ba­ta za­wie­ra bo­wiem sporo (nie­przy­swa­jal­ne­go na szczę­ście) glinu, oskar­ża­ne­go o wy­wo­ły­wa­nie zmian w mózgu (m.​in. cho­ro­by Al­zha­ime­ra). Do­da­tek cy­try­ny spra­wia, że glin staje się przez nas łatwo wchła­nial­ny".
W tym artykule jest więcej tego typu nowinek, po przeczytaniu których tylko ręce opadają. Jeśli macie ochotę i czas, to możecie sami przeczytać ten "kryminał" klikając w tytuł artykułu.
Siedzę teraz w otoczeniu mojej młodzieży i ogladamy na youtube Bajm - super hity "Dwa serca, dwa smutki" lub "Biała armia", "Co mi panie dasz", popatrzyliśmy na studniówki 2014 - polonezy i walce.  Zatęskniło mi się za szkołą, chociaż nawet nie pamiętam z kim tańczyłam tego poloneza. Bajm z Beatą Kozidrak to symbole mojej szalonej, wariackiej młodości. Gdybym nie była taka cherlawa, to potańczyłabym sobie. No, ale Beata przypomniala mi chociaż, że "Płynie w nas gorąca krew". No i niech płynie!

wtorek, 1 kwietnia 2014

Prima aprilis - dzień bez żartów!

Niby prima aprilis, a jakoś nikomu nie udało się mnie oszukać czy nabrać. Nawet, gdy dostalam sms od Pauliny następującej treści: "Ja zrobię dzisiaj obiad", to wiedziałam że to nie żart. Ronny też mnie niczym nie zaskoczył, chociaż może tym, że wczoraj czuł się przeziębiony, więc dzisiaj został w domu jako ten biedny chory. Na szczęście kuruje się sam. W naszej lokalnej gazecie zamieszczono takie oto zdjęcie:
ukazujące pensjonariuszy domu starcow wyprowadzonych na spacer na "smyczy" - widzicie chyba tę niebieską linę przywiązaną do wózków. Dzięki tej linie, jak to wyjaśniono są mozliwe wyjścia grupowe. I wiecie co, ja od razu wiedziałam, że to jest tzw. żart prima aprilisowy, bo z tego co wiem, to ci starcy raczej całymi dniami siedzą w tych swoich domach starców, które bardzo rzadko opuszczają. Nic mnie dzisiaj nie rozbawiło. Wiadomo - wtorek, moj najdłuższy w ciagu tygodnia dzień pracy. Wyśmienty obiad zrobiony przez Paulinę zrekompensował mi obecność chorego faceta w domu. Objadałam się zapiekanymi brokułami, kalafiorami, marchewkami i bezmięsnym mięsem (sojowe) i poczułam się w siódmym niebie. Paulina i Mikael przebywają teraz u nas, bo obydwoje dzielnie pracują na tej swojej działce - przygotowują grunt pod budowę domu. Mikael rąbie drwa, a Paulina je ładnie układa. Jeszcze domu nie mają, ale już przygotowują opał na zimę. W poniedziałek Paulina pojedzie do innego miasta - Östersund, na rozmowę kwalifikacyjną. Jest w tej chwili bezrobotna, więc szuka pracy. Podania wysyła, gdzie tylko się da. No i została zaproszona na tę rozmowę. Na 104 przysłanych podań o tę pracę, wybrano tylko 4 osoby na rozmowę. Nie za bardzo uśmiecha się jej praca tak daleko od domu (ponad 400 km), no ale to tylko zastępstwo do końca tego roku kalendarzowego. A że ona należy do szczęśliwej grupy optymistów, to wierzy, że robota prędzej czy później się znajdzie niedaleko domu. Od swojego kolegi, ktory również zakwalifikowal się do rozmowy, ba nawet ma ją już za sobą dowiedziala się troche o tym urzędzie, bo on tam pracuje, ale chcial zmienić stanowisko, zatem wyrazil swoje zainteresowanie tym zastępstwem. Powiedzial jej, że pytania komisji były delikatnie mowiąc dziwne. No, bo jak odpowedzieć na pytanie: "w czym jesteś lepszy/a od innych?" Powiedziałam córce, że zadalabym rownież pytanie: "Od innych? To znaczy od kogo? Na przykład od was? (i tu zwróciłabym się wprost do komisji), a potem dokończyła "jesli od was, to nie wiem czym, bo was nie znam, ale jestem lepsza od mojej mamy w przyrządzaniu wegetariańskich potraw". Poradziłam jej, żeby na tym wywiadzie sprawiała wrażenie, że tak specjalnie to jej nie zależy na tej robocie. A głupie pytanie niech kontruje też pytaniami. No i jeszcze jedna wiadomość i to bardzo prawdziwa. Muszę wymienić łożysko w moim samochodzie. Część ta kosztuje prawie 2 tysiące koron, a ile robocizna, to jeszcze nie wiem. I to cholera jest najprawdziwsza i bardzo bolesna prawda, a nie jakiś żart. Do tego jeszcze ta pogoda. W nocy mroz, a w dzień zaledwie pięć stopni. No ile tak można!?  Mój stan może tylko zobrazować to świetne zdjęcie z facebooka: